Na nic nam się przyda praca na papierze,
Kiedy nie podamy bratniej dłoni szczerze.
Żal mi było trochę, że nie miałem sposobności tego wiersza wypowiedzieć, ale stokroć bardziej troszczyłem się tym, że nie spełniłem życzenia p. Kraszewskiego. Od tej wielkiej troski głowa tak mi ciężyła na karku, jakby to nie głowa, ale Wawel65 na barkach moich spoczywał. W tym dniu jubileuszowym nie można mi się było przed nim wytłumaczyć, więc zmuszony byłem jeszcze zanocować w Krakowie, a nazajutrz powiedziałem mu wszystko szczerze, dlaczego tak nie uczyniłem, jak kazał; wytłumaczyłem, że nie czekałem w bramie sukiennickiej na niego nie przez lekceważenie ani też oziębienie ducha, lecz z miłości i wysokiego poważania jego osoby, którą obawiałem się narazić na nieprzyjemność. P. Kraszewski bardzo się na mnie gniewał, ale na prośby moje przebaczył i tak do mnie mówił:
— Miałem zamiar wziąć Was na trybunę, aby pouczyć niektórych z naszej magnaterii, ażeby nie pogardzali włościaninem i nie odosobniali go od spraw krajowych i narodowych, bo siła narodu spoczywa na zjednoczeniu się wszystkich warstw społeczeństwa naszego.
I dalej w tym sensie długo jeszcze ze mną rozmawiał o różnych pożytecznych rzeczach, i wpakował niejedno dobre do mojej mózgownicy. Na koniec w przyjacielskim usposobieniu rozstaliśmy się obaj w Krakowie i pisywaliśmy ze sobą nadal aż do ostatniej chwili jego uwięzienia.
Ale gdym powrócił po rozstaniu się z p. Kraszewskim do domu, postanowiłem napisać zaraz do komitetu jubileuszowego, że czuję żal do niego za odmówienie mi biletu do uczestnictwa w uroczystości jubileuszu. Jakoż wysłałem do tych panów następujący wiersz:
Szanowny Komitecie!
Wielki żal serca przejmuje nam, włościanom na wsi,
Że nas w tyle zostawili starsi bracia nasi:
Podczas uczty Kraszewskiego o nas zapomniano.