Tysięcznymi w obudwu odbita obrazy

Idzie w bezmiar, z bezmiaru niezmienna powraca

I znów mknąc tam, skąd przyszła, blasku nie zatraca,

Jeno w nieskończoności mamiącym półmroku

Coraz większą i czystszą wydaje się oku.

Mówiła, przytulając się do piersi jego:

Dziwne... lecz ja tak czuję... — Och, powiedz, dlaczego

Jak cień z światłem, łza z śmiechem pospołu się noszą

Niewysłowiony smutek z bezbrzeżną rozkoszą?

Czemu dla tych upojeń, co ciałem kołyszą