Marynka przestała płakać. Po chwili krzyknęła:

— Nawróć86 się!

Nawrócił się i przyszedł. Powstała przerażona wszystkim, co się zrobiło, i nagle skoczyła w jego ramiona jakby w przepaść.

Gdy się wywlekli oboje spomiędzy zarośli, miało się już na dzień. Dwór stał cicho w zawoju mlecznej drogi, w rozprysku gwiazd świecących jeszcze biało nad stromym dachem.

— Gdzie śpis? — zapytał Słupecki.

— Przy tamtym oknie — rzekła po cichu i nagle poskarżyła się:

— Jeszcze mieć byde87 sprawe o te kury.

— Niek88 im Pan Bóg da zdrowie — odparł ciepło i oboje zaśmieli się.

Marynka nie miała jednak sprawy o kury ani nazajutrz, ani potem. Gdyż było właśnie zapowiedziane, żeby kury wyganiać z klombów. A prócz tego tej dziewczynie robota paliła się w ręku. Teraz w żniwa dobrze mieć taką, co znajdowała czas, żeby i w ogrodzie co zrobić, gdyż o dostanie kogo z pola do ogrodu nie można było marzyć. Lubiono także jej śpiewki.

— Przynajmniej wesoła, nie chodzi ciągle z nadętą gębą, a jak śpiewa, to wiem, że w ogrodzie owoców mi nie zjada — mówiła pani.