Marynka, jakby nie wiedząc, że koło niej tak już krucho, przyszła w porze tych namysłów do pana prosić o zasługi i żeby jej pozwolił iść jutro na odpust do Brudzewa. Dopiero co przy wypłacie o to samo prosił Słupecki.

— To z nim chcesz iść? — spytał pan, otwierając niepewnie i z namysłem szufladę.

— Tak, z nim — odparła i hałaśliwie chrząknęła.

— Na co ci tyle pieniędzy? Nic nie chcesz oszczędzić? Na wesele ci będzie potrzeba. Cóż to, o weselu nie myślisz?

Zaczęła milczeć z nieprzyjaznym uporem.

— Żebyście mi do wieczora wrócili.

— Co nie mamy wrócić — krzyknęła zachłystując się.

— Co wam się tak zachciało? W największe żniwa...

— Jutro święto — przypomniała nieśmiało, a po chwili dodała:

— Nigdy nigdzie nie chodzimy. Nic człowiek nie oboczy105...