Wytrzeszczył oczy starszy, bo mu się zdawało, że tak lepiej słyszeć będzie, i nasłuchiwał pilnie.

Ale głosy łączyły się teraz, zlewały w słowa coraz pełniejsze, coraz wyrazistsze, niby dalekie, a tak bliskie, jakby wprost do duszy szeptane.

Wyraźnie teraz usłyszeli obaj malcy coś jakby brzęk, jakby śpiew, jakby dzwonków polnych dzwonienie:

Cyt... cyt... cyt!

Nim zorzą spłonie świt,

Nim wschód zapali jutrzni772 znak,

Na senną ziemię sypmy mak,

Na senne trawy — rosy łzy,

Na niskie chaty — ciche sny,

Sny ciche sypmy z srebrnych sit!