Stał jeszcze chwilę i patrzył osłupiały przed siebie.
— Diabli go wiedzieli! — wykrzyknął wreszcie, rzucając się w fotel.
I nie było już więcej o tym mowy.
Przez parę wszakże następnych tygodni drzwi kancelarii nie zamykały się prawie. Od samego rana pukanie pod numerami.
— Czego tam? — pyta niecierpliwie strażnik.
— Otwierać no! Otwierać! Muszę iść do kancelarii.
— A co tam? — pyta pan nadzorca wchodzącego aresztanta w towarzystwie strażnika.
— A to, proszę wielmożnego pana, przyszedłem się dowiedzieć wedle wyroku, bo może mi się już skończył.
— Cóż znowu! — mówił zmieszany „wielmożny”. — Przecież masz w wyroku dwa lata, a siedzisz dopiero półtora.
— Tak ci to niby jest, wielmożny panie, ale chciałbym wiedzieć dokumentnie20 według księgi...