Pan nadzorca przygryza czerwone, pełne wargi, żeby nie wybuchnąć.
Po chwili znowu ta sama historia. Za kwadrans — znowu. Dziewięciu, piętnastu, dwudziestu wali naraz we drzwi, wszyscy wołają strażnika, wszyscy chcą iść do kancelarii. Jakub biega od numeru do numeru, krzyczy, prosi, traci głowę, nareszcie najciekawszych prowadzi do kancelarii.
— Proszę wielmożnego pana, przyszliśmy się dowiedzieć wedle wyroków, bo może już się nam pokończyły...
— Idźcie do diabła z waszymi wyrokami! — krzyczy w ostatniej pasji pan nadzorca. — A to człowiek nawet spokojnie odetchnąć nie może.
Było to właśnie po obiedzie.
— Ale my chcieli zobaczyć księgę. Ja umiem czytać.
— I ja...
— I ja...
Pan nadzorca czuje się złamany. Każe Jakubowi podawać księgę, pokazuje palcem daty, tłumaczy. Aresztanci kręcą głowami z niedowierzaniem. Jeden z nich udaje, że czyta. Wychodzą wreszcie, aby powrócić jutro, pojutrze, za tydzień. O biedny Cyganie! To była twoja pomsta!