A przecież... Powyżej Rettenbachu, w lesie zawalonym odłamami zwietrzałego granitu jest ścieżka stromo pod górę idąca, ostrych krzemieni pełna, prawdziwa via crucis78. Na drodze tej spotkałam raz bosą kobietę dźwigającą brzemię drzewa na plecach, a dziecko na ręku.
Szła na jeden z najwyższych almów; trzy godziny była już w drodze, a nie uszła jeszcze połowy. Podrapane jej nogi płukał deszcz drobny, a pomimo chłodu pot kipiał jej z czoła.
O kobiecie tej jednak nie wspomniał żaden dziennik wiedeński, niech więc choć słowo obce i dalekie użali się nad tobą, o góralko biedna!
Dawno już się rozstałam z gromadką ową, grabiącą siano na łące, a woń przywiędłych pokosów leciała za mną długo, daleko, jak wspomnienie owych dusz, dolą podciętych, na skwarach i rosach życia wpółstrawionych, które w tym przywiędnięciu swoim dopiero wydają woń, upajających uroków pełną.
Za świeża —- trawa to, jak inna, choćby najbarwniejszym kwieciem przetkniona.
Naraz powiał wiatr wschodni. Zaszumiały dąbrowy podleśne, przerzucone gajem młodym, puszczającym się tu, to tam w bukiety klonów i brzóz, i wiązów, i świerków. Zaszumiały i ucichły. Martwota jakaś głucha padła na ziemię, ciężko było oddychać. Tymczasem wypłynęła od wschodu czarna wielka chmura. Zmierzchy gęste wystąpiły z jarów i lasów i szły ku zachodowi, i ku południu, i ku północy. Dzień zagasł, małym tylko rąbkiem świecąc jeszcze w oddaleniu. Nagle, w ciemności tej, szczyty Katreinu i Rabennestu zaczęły mrugać na siebie złowieszczo. Było to jakby porozumiewanie się dwóch olbrzymów, chcących się chwycić za bary.
Cisza była śmiertelna, lasy w omdleniu stały, nie śmiejąc westchnąć ani liściem ruszyć, ciemność szła po omacku, wlokąc płachty swoje po ziemi. Mruganie szczytów wzmagało się co chwila, nabierając dzikiej jakiejś wyrazistości. Katrein błyskał źrenicą żółtą, okropną, Rabennest odpowiadał mu spojrzeniem fosforycznym, trupim. Patrząc na to, na sercu robiło się tak, jakby kto przeciągał przez nie żywego padalca.
I górom stojącym wokoło wydało się to mruganie nieznośnym.
Warknęły zrazu gniazda ich wschodnie, potem północne, potem dalsze i dalsze, aż powstał trzask i huk, i łamanie się, i mocowanie śmiertelne, a węże ogniste zaczęły ślizgać się po żwirach tuż przed stopami — na prawo, na lewo, gdzie stąpisz, nadeptać je możesz.
— Ej, uciekaj, pókiś żyw a cały!79 — usłyszałam za sobą strwożone głosy, kilku mężczyzn biegło drogą, gubiąc parasole w pośpiechu.