Chciałam biec wraz z nimi, ale ta trzaskawica tak mnie urzekła, że nie byłam w stanie przyśpieszyć kroku. Zdawało mi się, że ja i ta burza — to jedno. Nie odwracając nawet głowy, czułam, jak poza mną mruga Katrein mroczny i nie mogłam znieść tego uczucia. Zdawało mi się, że błyskawice wskroś mnie idą dalej, stanęłam i obejrzałam się, aby zobaczyć, czy nie płonę cała, a tam, tam na Rabennest, kozieł80 ognisty tańczył z żoną swoją, zataczając błyskawiczne kręgi po zrębach skał czarnych. Wichura natężyła całe swoje płuca i uderzyła o lasy, i o turnie nagie, i zerwały się jęki, i wycie, i skargi, a ja, straciwszy prawie pamięć na to, co się ze mną dzieje, słyszałam w poświście wichru straszliwie wyrazistą zwrotkę:

Da tantz der Ziegenbock

Mit seiner Frau...

Wtedy dopiero zaczęłam biec, uciekać, nie wiedząc prawie gdzie, jak i po co.

Ognisty kozieł błyskał mi przed oczyma krzywymi rogami.

A za mną leciała ulewa i dognała mnie u wrót jakiegoś domostwa, rzucając się na mnie całym potopem wód swoich. Miałam w oczach tyle błyskawic, a w uszach tyle huku, że minęła długa chwila, nim sama przestałam być burzą. Ta, która szalała w górach, chciała koniecznie mieć mnie bliżej siebie, bo przyszła wstrząsać wszystkimi węgłami schronienia mojego i patrzeć w okna jego płomienną swoją źrenicą.

Ochłonąwszy nieco, spostrzegłam, że schronieniem tym była jakaś oberża wiejska — karczma po prostu.

Czyste ławy i stoły zajmowały większą część izby, gospodyni krzątała się, ścierając ostatnie z nich pyły. W izbie było prawie pusto, w rogu tylko przy zielonym kaflowym piecu siedział wyrobnik, drwal pewno, z siekierą obok na ławie złożoną. Ponieważ radziliśmy o tym, jak wrócić do domu, i on przeto wszedł w rozmowę, w ciągu której zapytał mnie, czy jestem Węgierką.

— Nie, mój przyjacielu — odpowiedziałam — jestem Polką.

— Polką? — zamyślił się mój drwal, a potem rzekł: — Ah, so! Wiem, Polen! To tam, gdzie ludzie tacy bogaci... no, so, aber81 i tacy biedni!