— Tak, tam — odrzekłam mu z jakimś szczególnym ściśnieniem serca.

Kartoffeln essen... nicht Brot 82— mówił drwal dalej.

— Tak... — odpowiedziałam ciszej jeszcze.

Grosse Herrschaften haben sie aber auch?83

— Ach! Mamy, mamy! — rzekłam z nagłą jakąś rozpaczą i nie zważając na strumienie deszczu, wybiegłam z izby, nie mogąc dłużej znieść rozmowy z drwalem. Było mi tak, że chętnie bym wówczas poszła gdzieś na koniec świata. Ale nie mogłam iść na koniec świata. Musiałam wrócić do domu.

Dom, w którym mieszkałam, był rodzonym bratem wszystkich innych domków tutejszych: dobrym patriotą, stojącym w barwach lokalnych, w bieli ścian swoich i w zieleni swoich żaluzji, kosmopolitami są tutaj tylko hotele i sklepy. Wprost Kaiserbergu rzucony, wspiął się na taką pochyłość, że z jednej strony miał całe dwa piętra, a z drugiej jedno tylko.

Balkony swoje pozawieszał nad samą rzeką, a i okna na nią pootwierał tak, że dzień i noc pełen był jej szumów. Nie widziałam ani słyszałam tak niestrudzonej bajarki, jak była właśnie ta rzeka.

Styl jej był wprawdzie trochę szumny, trochę bombastyczny czasem, ale za to co za płynność słowa! Najpierw mogła ci opowiadać całymi godzinami, skąd idzie. Była to jej odyseja.

Każda olcha, dąb każdy, u źródeł jej rosnący, każdy promień słońca, co się do niej przelotnie uśmiechnął, każda piosenka, którą jej wiatr śpiewał, każdy odłam skały, co ją w drodze o formalności paszportowe pytał, w odysei tej miał poświęcone sobie calutkie rozdziały. Potem następowały projekta84. W tym była niewyczerpaną. Całymi wieczorami opowiadała mi, jak to ona pójdzie najpierw do Gmunden, ale w Gmunden nie ma co robić po prostu. Miasteczko nudne, małe, obcymi ludźmi zapchane, a wszystko to w pretensjach, wszystko się puszy i nosi górno, choć nie ma z czym znów tak bardzo.

Jest ci tam wprawdzie jakaś rezydencja eks-królewska, ale takie to i państwo. Dlatego też w Gmunden tylko przez jezioro przepłynie, posłucha muzyki na tarasie w Belle-vue, a potem, naturalnie, pójdzie do Dunaju. Teraz dopiero zacznie się życie! Pozna Wiedeń, jego Ringi, mosty... Tu widząc, że opowiadanie w banalność już wpada, biorę do ręki Heinego85 i zaczynam czytać. Rzeki mojej nie zraża to wcale. Jakiś czas mruczy tam sobie coś pod nosem, że nawet i zrozumieć trudno, a potem znowu inną historię mi prawi. Właśnie przed tym samym oknem stoczyła się kiedyś skała ogromna w jej fale. Co to był za okropny wypadek! Przez czas bardzo długi uspokoić się nie mogła w nerwowym rozdrażnieniu swoim i zmieniła zupełnie tryb życia. Aż potem ludzie postawili na skale tej krzyż czarno-złocisty, w którym słońce wcale86 pięknie odbija się, wschodząc i zachodząc. Teraz przywykła już zupełnie do owego krzyża, chodzi tam nawet mówić wieczorne pacierze. Jeśli jednak prawdę ma wyznać, woli tego ubogiego, nagiego Chrystusa z drewna, co ukrzyżowany na moście najbliższym, nie na przechodniów patrzy, ale w jej fale głębokie. Twarz jego taka blada, ciało takie wynędzniałe, a głowa pochylona tak smutnie! Raz nawet słyszała, jak Chrystus ten płakał wpośród nocnej ciszy.