A kiedym zadumała się nad tą jej powieścią i pochyliłam głowę na ręce, niezmordowana bajarka, bojąc się snadź87, abym nie usnęła, zaczęła mi znowu szeptać coś do ucha. — Wiem — prawi — że w kraju twoim, są także strumienie i rzeki; powiedz mi, gdzie one idą?

— Do morza — odpowiadam w zadumie.

— Do morza?... Do nieskończoności? Phii! Piękna bajeczka! Kto was tam takich głupstw uczy? Gdzieżeś to widziała to wasze morze, do którego rzeki wasze idą? Na księżycu pewno...

— Cicho! — mówię już zniecierpliwiona i rzucam się w zniechęceniu na łóżko, i uszy zatykam, żeby jej przycinków nie słyszeć.

Nazajutrz jednak znowu gawęda.

— Napracuję się ja niemało, nim z lasów spławię drzewo do tartaków, nim je w tartakach na deski porżnę. Wszędzie słyszę: człowiek, człowiek! Wszakże i w tartaku jest człowiek niby, ale cóż? Chodzi tylko, pluje i fajkę pali.

Wielka rzecz, że deski zmierzy i zapisze! Ale ciągnij ty piłę taką przez jeden dzień chociaż, szarp się z kołami, co druzgoczą ci piersi, ogłuchnij od ich zgrzytu, jak ja już na pół ogłuchłam, a poczujesz, co to czarna praca.

I dziwią się potem, żem ja mętna, że z brzegów wystąpić bym rada!

A ja ci powiem rzecz jedną. Pracować, to pracować, niechby tylko pożytek był z tego. Ale ja tu kończę moją trzycalówkę, tu piła skrzypi w oprawie, nie mając się jąć czego, koło lata jak szalone, nie pytając, czy ma co obracać, czy nie ma, a tu pan pisarz w zalecankach do dziewcząt z kawiarni! Powiedz, czy może być na świecie ład jakiś i porządek, jeśli go w tartaku nawet utrzymać nie można?

Byłaby mnie jeszcze bajarka moja wtajemniczyła w więcej podobnych historii, ale że plotek nie lubię, więc zwróciłam się ku drzwiom balkonu, kiedy doleciał mnie jej szept niecierpliwy: „Zmiłuj się! gdzie uciekasz? Zaczekajże chwilę, mam ci powiedzieć coś miłego, coś na ucho... ”