Cisza była i zmierzch w wielkiej, pustej nawie pobenedyktyńskiego kościoła w St. Wolfgangu, kiedy ciężkie drzwi boczne, do niej wiodące, otwarły się przede mną, zgrzytając na zardzewiałych zawiasach.

Nabożeństwo wieczorne skończyło się przed chwilą; organy drżały jeszcze ostatnim akordem psalmu, pod sklepieniami chodziły dymy sine, woń mirry niosące, powietrze nie ochłodło od żaru westchnień tych, co się tu prostym sercem modlili. Od ścian poczerniałych szedł mrok i osiadał na ławach pustych, a migocąca żółtym płomykiem lampa rzucała niepewne błyski na wypełzłe kobierce i wyżłobione tafle kamiennej podłogi. Z zachodu tylko, wąskim, wysokim oknem gotyckim bił światła snop — i zażegał ogniem potężny tryptyk, wznoszący się w głębi nawy, wprost chóru.

Główną część tryptyku tego zajęła grupa figur, jakoby z ołtarza Mariackiego żywcem tu rzuconych.

Snycerz to był nielada, co te postacie w drzewie ciął, a misternym je malowaniem oblekał; Stwoszów142 to uczeń może — a kto wie, może i sam mistrz. Jemu to właściwa ta potężna ekspresja oblicza i gestu, ten układ, pełny ruchu i życia, a nawet te ciężko łamiące się draperie i realna codzienność twarzy.

Zagadnąć o to nie miałam kogo; ale wrażenie głośno mówiło za tym domysłem, który utwierdził się jeszcze, kiedym, obszedłszy tryptyk, znalazła się wobec dwóch aniołów, po bokach jego stojących.

Anioły to, co mogły się pasować ponocną tajemniczą walką jakubową ot, choćby z Tatarzynem dzikim — i na kresach stać, i mieczem pod księżycowy nów błyskać. Twarze ich męskie, surowe, skrzydła — jak na bój husarski wzniesione, szaty ciężkie, nie wzlotowi, lecz dostojnym krokom podatne. Duch Stwoszowy bił na mnie z każdego rysu ich oblicza, z każdej fałdy draperii, z układu włosów nad czołem przyciętych, a na ramiona puszczonych, z tej słowiańskości typu, która uderza czymś silnym a smutnym.

Kiedym tak stała w głębokiej zadumie, opamiętać się jakoś nie mogąc, stary zakrystian kichnął tak potężnie, jak moździerz na rezurekcję bijący. To mnie przywołało do rzeczywistości. Snop światła zagasał na bocznych drzwiach tryptyku, zapalając różanymi ogniami złocenia ich i lazury; w kościele robiło się coraz ciemniej. Skorzystałam z ostatnich blasków dnia, aby obejrzeć obrazy, po ścianach prezbiterium wiszące. Były to sceny z życia św. Wolfganga, które naiwny malarz długimi napisami opatrzył. Na jednym z pierwszych płócien widzimy wnętrze ubogiego domu, gdzie się wychowuje przyszła chwała benedyktynów. Zrazu wszystko idzie wybornie. Mały Wolfgang — jest to tłusty chłopczyna, mający białą pościółkę, starą nianię i ojca w zielonym spencerze. Wprawdzie uparty jakiś promień pomarańczowego światła prześladuje go ciągle, świecąc mu prosto w oczy, gdy śpi lub igra z kundlem domowym; ale któż jest wolnym od wszelakich życia przykrości? Niebawem jednak zaczyna się cały szereg prawdziwie tragicznych wypadków. Oto rodzice Wolfganga odprowadzają go do szkoły benedyktyńskiej; malec płacze, kundys biegnie za nim z miną niewróżącą wiele współczucia dla wyższej oświaty, stara piastunka wyciąga ręce z oddali. Co najsmutniejsza, ów promień pomarańczowy, który teraz właśnie powinien by świecić najjaśniej, mdleje i zaciera się do niepoznania.

Posępne skutki tego obrazu dają się wkrótce ocenić; bo oto dwa, trzy płótna dalej, widzimy tęż samą klasztorną szkołę, na której drzwiach wypisano ogromnymi literami silentium143, a u drzwi tych, plecami do nich zwrócony, stoi mały Wolfgang z zapłakaną twarzą i z węzełkiem chudoby144 swojej pod pachą.

Biednego wędrowca zdaje się naglić do wyjścia mnich tłusty, z obnażoną z kaptura głową łysą, z twarzą gniewem zapaloną, z ręką wzniesioną, jakoby od zamachu stygnącą. Nieład włosów chłopięcia zdradza, iż ciężka ta, żylasta ręka starego benedyktyna była z nim przed chwilą w więcej niż wypadkowym zbliżeniu.

Pomarańczowego promienia — ślad ledwo.