Co malec zbroił w szkole, nie wiadomo; owo silentium strzeże po dziś dzień tajemnicy; widoczną atoli jest rzeczą, że tylko kundys i piastunka stara ucieszą się powrotem pacholęcia145; co do rodziców, a zwłaszcza ojca w zielonym spencerze, to daj Boże, aby na powitanie nie dołożył coś więcej do benedyktyńskiej pamiątki.

Dobre to jednak były te stare czasy, w których wypadek podobny nie przeszkadzał bynajmniej zostać profesorem, biskupem, a nawet — świętym.

Na jednym bowiem z dalszych obrazów widzimy, jak młody Wolfgang obejmuje katedrę nauk wyzwolonych w Berkenau, jak potem z rąk Ottona Henryka bierze regensburskie biskupstwo, jak wreszcie z pustelni swojej w Finster Waldau, w benedyktyńskich sandałach przechodzi po wierzchu jeziora, udając się do Friulu i Pipinheimu. Właśniem się sandałom tym przypatrywała146, kiedy szmer jakiś dał się słyszeć w progu. Drewniane podeszwy stuknęły po kamiennych płytach, a we drzwiach, przez które wpadły różowe łuny zachodu, ukazało się pięć, sześć główek dziecięcych. Malcy się szturchali, szeptali między sobą, ciekawi, co też w pustym kościele, kiedy organista nie śpiewa, a dzwonnik nie dzwoni, tak długo robić można. Za dziećmi wpadł wróbel. Jak czarna błyskawica obleciał gzymsy i siadł, świergocąc, na łysej czaszce benedyktyna, którego mistrz jakowyś kamieniarskiej sztuki postawił był u ołtarza z rozciągnionymi ramiony.

Tymczasem stary zakrystian zaczynał także znajdować nudnym przydłuższy pobyt w kościele; kaszlał więc, spluwał, kluczami brząkał, a tak wyszliśmy wszyscy. Mnich tylko został kamienny i wróbel.

Zewnątrz tynki i bielidła pozacierały prawie zupełnie starożytne cechy tej świątyni; skarbczyk się tylko dawny uchował w poczerniałej śniedzią147 wieków cegle; ale nie miał on już co zamykać ani czego strzec.

Kilka spękanych płyt ciosowych, z zewnętrznych murów kościoła wydartych, walało się po nim, między deskami z mularskich rusztowań rozbitymi świeżo, kusząc oczy do odczytywania napisów, gotykiem rytych, na wpół zatartych, przez pleśń zjedzonych. Ale były to tylko głuche echa umarłej przeszłości, kilka imion, niebudzących dziś ani miłości, ani nienawiści, parę dat, ostygłych z łez śmierci i narodzin. Ciężkie odrzwia, piękną snycerszczyzną i misternym okuciem zdobne, prowadziły do skarbczyka tego, który też i za loszek do wina sługiwać kiedyś musiał, jak o tym świadczą wmurowane tu i ówdzie ligary i rozsypane po kątach obręcze a klepki148. Podobne, niższe tylko odrzwia, z zawias kędyś wyparte, stały u ściany w głębi, mając na czole trupią pajęczyną osnuty napis: pax vobis149.

Wkoło kościoła rozciąga się stary cmentarz klasztorny, obwiedziony murem wysokim, z przebitymi na wylot arkadami. Przez te arkady pada drżąca, błękitna jasność wód, pluszczących tuż u stóp góry, na której dźwignięto kościół. Wody te, to jezioro św. Wolfganga, które potężnym rozlewiskiem rozsrebrzyło się ze wschodu na zachód, od Strobl i St. Gilgen, aż ku Scharflingowi kędyś. Długości jeziora tego spojrzenie twoje nie przejmie ani przemierzy; ale szerokość łatwo ci przerzucić okiem i sięgnąć do skalnych gniazd, co stoją u przeciwnego brzegu, nieużyte, groźne, surowe.

Ku wschodowi tylko rozsuwa się granitów ściana i na łaskawszych gór stokach puszczają się lasy szumne, a pod nimi stoją w rosach świeżością dyszące jary, pełne tajemniczych cieniów, ptasich poświstów, woni kwiatów dzikich i upojeń życia. Hej, młody mnichu! Nasuń kaptur na oczy, a nie chodź tędy zmierzchem letnim, wieczorne pacierze szepcący. Bo zagoreją ci oczy i usta zapłoną, i pierś ci ruszą tęsknoty namiętne, i wyciągną się ramiona twoje, i łuny gorące pójdą ci przez oblicze od krwi młodej waru, i modlitw zapomnisz, i własną głową mur ten roztrzaskać zechcesz. Wróć lepiej do stęchłej swej celi, a zamknij ją na wrzeciądz150, a piersiom swoim i porywom swoim daj napis: pax vobis.

Tam, tam, od St. Gilgen, od wschodu, puściła się łódź drobna, znacząc za sobą ciemniejszy gościniec wód rozbitych wiosłem. Kilku mężczyzn w zielonych spencerach siedziało w niej, paląc fajki. Łódź chwiała się wolnym ruchem; nikt jej do biegu nie naglił, za nią leżały zmierzchy liliowe, przed nią — ostatnie dnia blaski. Wtem stary dzwon benedyktyński huknął z wieży raz, drugi i trzeci. Umilkł, i znów huknął przeciągle, jęcząco. I odbił się głos jego o Leuchtthurm ceglany, spośrodka jeziora zrywający się ku błękitom gotyckimi blanki — i ucichł.

I raz jeszcze huknął i rozbudził echa, w Falkensteinu skałach drzemiące, i poniosły się echa po górach i jarach, i zerwał się płacz w powietrzu, i skargi, i narzekanie i wrócił głos bić o kościelną wieżycę — i ucichł.