— Pan Bóg po nim chodzi.
II. Wenecja — Werona — Roveredo
Znaki miejsca — Przez Karyntię — Treviso — Mestre — Noc wenecka — Poranek — Wrażenia z Placu Świętego Marka — W kościele — „Credo” tenora.
— Evviva l’Italia!158 — zawołałam z głębi duszy, kiedy pociąg nasz ruszył sprzed stacji granicznej w Pontebba, gdzie z ust brudnego fakina usłyszałam pierwsze si, signora159.
Ale dopiero wtedy, kiedy mnie w Mestre zaleciała mocna woń nieświeżej już oliwy, poczułam naprawdę, że jestem we Włoszech. Tego bowiem konduktora, co w Gemonie mnie i towarzyszce mojej dał za trzy liry osobny oddział „dla dam”, na którego drzwiczkach stało jak wół: pei fumatori160 — uważam za typ międzynarodowy i wcale go za produkt lokalny nie liczę. Jeszcze nie miałam czasu wyśledzić w Mestre, skąd owa charakterystyczna woń bije, kiedy pod jego oszklonym podjazdem rozległ się okrzyk: par-ten-za161!
Z okrzykiem tym oswojoną już byłam. Od Pontebby począwszy, leciał on za nami, odbity jak piłka od skał i dzikich jarów Karyntii, i rozbrzmiewał ostro w klasycznym powietrzu Italii, przedzielonym dwiema żerdziami i łańcuchem od powietrza romantycznego. A tak ledwo gdzie tchu chwyciwszy, pędziliśmy przez dolinę Felli, Chiusaforte, Resiutę, Gemonę, wpadając spod nagłych błysków wód w długie zaćmienia tunelów, w których czeluściach roiły się za nami iskry, jako pszczoły złote, i obsiadły strop kamienny, i gasły.
Od szarego ranka byłam już w drodze i czułam trochę zmęczenia. Zrazu mgły jeziorne wlokły się za nami całym taborem od Goisern i Anzenau. Towarzystwo drzemało w wagonie, a kto się zbudził na chwilę — poglądał w okno, wzdychał i ziewał. Jedno tylko młode małżeństwo opierało się czas jakiś tej powszechnej drzemce, aż i ono zasnęło cnotliwie, z głowami odrzuconymi każda w inną stronę.
Ku południowi miało się już chyba, kiedy nagłym błyskiem słońce rzuciło się z góry.
A byliśmy już wtedy u stóp Setalskich Alpów, gdzie w potężnych dymach stały wielkie indenburskie huty. Mur odbił się i został na prawo kędyś za nami, a w dalekich szumach wód jego słychać było jakoby natężony brzęk harfy i miłosne strofy Ulricha162, króla minezengerów163, który tu, w Frauenburgu, gniazdo swoje miał. A kiedy tak słońce patrzało rozjaśnionym w chmurach okienkiem, mgły poczęły zwijać na gwałt brudne swoje płachty i manatki — i wynosić się za góry, za lasy, z takim pośpiechem, że już Einöd stanął nam widny na oko z pustelnią swoją smętną, a wieżyce Friesachu, co przeciw nam szły, całe się złotem trzęsły jak tiary na kamiennych głowach.
Zamczysk starych, w rozsyp a w gruz idących164, na podziw dużo. Po skałach Karyntii siedzą one ogłuchłe i ślepe jako sępy siwe, i w księżycowe noce prawią dziwne baśnie, od których powietrze balladami pachnie.