— Kogo? — zapytałam, niedobrze wiedząc, o co by mu szło.

— Dożego, mówię! — odparł niecierpliwie. — Cóż, nie wiesz nawet aśćka, co jest Doża, caput et princeps Senatus253, który Adrię, morze, corocznie pompatice254zaślubia i pod którego imieniem wszystkie publiczne Instrumenta255 i Dekreta w świat idą?

— Doża! — zawołałam z uśmiechem. — Ależ teraz nie ma Doży, panie.

— Nie ma Doży? Cóż mi to aśćka prawisz. Więc chyba i Wenecyi nie ma?

— Wenecyja jest. — Widziałam ją nad morzem stojącą, zalotnicę białą, w obnażeniu marmurów swoich. U nóg jej kołysał się okręt. Ale nie był to żaden wojownik zuchwały, tylko jakiś handlarz opasły. Przywoził jej złoto, więc uśmiechała się do niego.

Na ostatnim rąbku jej szaty, na Riva degli Schiavoni, tłum niewolników po dawnemu stał, tylko że teraz nie byli oni związani sznurami i nazywali się — ludem.

Wolno im było kupić melona, gdyby miał który za co, a gdy nie miał, wolno mu było rozciągnąć się na marmurze i zasnąć. Słońce świeciło wszystkim darmo, a wesoły pajazzo256 pokazywał sztuki łamane i na rękach chodził.

Lecz gdym tak mówiła, zaszczebiotał wróbel nad balkonem, zbudzony, gdyż dniało już było, a Peregrynant mój stary zaćmił się i zaszedł cieniem, i mgliste ręce rozstawił w powietrzu na znak, że głosu już nie ma, i pochylił głowę siwą, i zniknął.

Spojrzałam — przede mną znów leżała księga czarna, bardziej jeszcze niż przedtem zszarzana, a oko Opatrzności zdawało się drzemać, na wpół przymknięte.