Myliłby się ten, kto by sądził, że w Wenecji można sobie według woli czas urozmaicać. Ograniczoność gruntu pod nogami trzyma tu niejako w karbach fantazję wędrowca. Jest wprawdzie morze, ale nie ma ziemi; a przynajmniej jest jej tak niewiele, że gdziekolwiek się ruszysz, zawsze dojdziesz do jakiegoś końca.

Brzeg Lido ma go u strażnicy wojskowej, tam kędy jaszczurki spłoszone przebłyskują w słońcu, dróżka między ogrodami na prawo u piaszczystych wałów, Mercerie257 — u Rialto, ogród publiczny — u wierzb garści na mokrym piasku stojących. Żyje się tu jak na okrętowym pokładzie, a zrębem wszystkiego i fundamentem jest woda.

A jednak i po tej troszce ziemi, którą Wenecja pod stopy chwyciła, odbywać można wędrówki bardzo ciekawe. Wejdź tylko w Mercerie, przez bramę starego Orologium, nad którą stoją rycerze z spiżowymi młoty258, aby miastu i morzu wybijać godziny, a zobaczysz, jak się to ludzie umieją cisnąć, zwijać, kurczyć, a przy tym, jak umieją przedawać259 wczoraj wykończone „antyki” i „arcydzieła” niemające stanu cywilnego i różne nieodzowne rzeczy, które kupiwszy, nie wiesz, co zrobić z nimi.

Zobaczysz także, jak dalece na ulicy żyć można.

Wąskie, przepaściste zaułki, które się od głównego pnia Mercerii odbiwszy, krzyżują, gonią, przeskakują wzajemnie w tysiąc przegubów splątane, są pracownią, jadalnią i pokojem sypialnym uboższej ludności, której to, że nocuje na moście, a na trotuarze260 się odziewa, wcale humoru nie psuje.

Hałas w tej części miasta wiekuisty.

Ulica jest tu podwórzem, fabryką, warsztatem.

Domy z otwartymi bokami, które nie są ani oknem, ani balkonem, ale rodzajem obszernej, najczęściej ciemnej czeluści, dają wylot wszystkim stukom, zgrzytom, świstom, łomotom, jakie od czasów Jubala261 i Tubalkaina262 powstać mogły na ziemi.

Tutaj szewc bije młotkiem w podeszwę — jak dzięcioł w drzewo; ślusarz — jak derkacz — pilnikiem swoim zgrzyta; stolarz heblem szoruje; tokarz — jak bąk — huczy, a wspaniały kowal z obnażonymi ramiony stoi na tle czerwonych płomieni, czarny od dymu, od iskier świecący, i wali dźwięcznym młotem, panując nad całym tym rozstrzelonym gwarem.

Ogłuszony — w bok skręcasz, uciekasz, ale za tobą goni głos piskliwy chudego krawca, który przewiesiwszy nogi na ulicę, w dziurze swojej siedzi, nożycami skrzypi i jak drozd śwista piosenkę. Umknąłeś mu wreszcie, ale kiedyś go już daleko za sobą zostawił, spostrzegasz, że w tej plątaninie wąskich uliczek trudno ci drogę odnaleźć.