Zatrzymujesz tedy przechodnia, pytając go o San Marco.
— Sempre diritto, sempre diritto263 — odpowiada ci przechodzień uprzejmie.
Idziesz tedy przed siebie czas jakiś i trafiasz na przecznicę, która ci drogę jak nożem przecina. Stajesz — i nie wiesz, kędy dalej iść. Wtem nadchodzi kobieta, niosąca wodę w miedzianych kociołkach, na ramieniu w bok wpartym. Z uśmiechem słucha ona pytania twojego, a potem — wskazując ręką na prawo lub lewo, stosownie do humoru swojego, sempre diritto, diritto, signore, prawi ci jak sroczka.
Zaczyna cię to niecierpliwić; idziesz jednak na prawo lub na lewo, szukając owego diritto’, którym cię każdy z przechodniów częstuje, aż wreszcie dobijasz się do placu; skręciwszy jakiś tuzin razy tu, tam i jeszcze w bok, co wcale nie przeszkadza całej tej krętaninie nazywać się: sempre diritto.
Nie znałby życia Wenecji ten, kto by nie znał trattorii264ludowych.
Na via alia posta jest jedna taka trattoria, około której przebiegałam często, spiesząc po listy z kraju.
Niska druciana krata dzieliła od ulicy kuchnię, która była zarazem i salą jadalną. Tuż za kratą stały rondle, talerze i gotowe już porcje ryby i polenty.
Z szatańskiego pisku, z jakim w trattorii tej skwierczały tłuste patelnie, z zabijającej woni tranu i oliwy, z otyłości właściciela wreszcie — wnoszę, iż była to jedna z najpopularniejszych gospód tej części miasta.
Konsumenci roili się tam dzień cały, jedni leżąc na moście i na brzegu kanału czekali, aż przyjdzie południe, inni wyciągali sieci i płatali ryby, których odpadki słońce rozkładało z całą swobodą.
Sądzę, iż aby wejść do trattorii takiej, trzeba od wczoraj być na czczo i mieć mocny katar.