Lecz oto nadchodzi wieczór, chwila najbardziej urocza w Wenecji.
O ósmej zaczyna się zaludniać plac cudzoziemcami, którzy nabiegawszy się od rana po galeriach i kościołach, teraz dopiero rzucają w kąt Bädeckera265 i idą szukać wrażeń na własną już rękę.
Przed Quadrim, przed Florianem stoją całe armie plecionych słomą krzeseł i prostych stoliczków.
Piękne „fioriny266” kręcą się pomiędzy gośćmi jedzącymi lody lub granito267 i pochylają się ku mężczyznom, chwaląc swój towar — i patrzą im w twarze, wielkimi czarnymi oczyma... Kwiaty ich nie mają właściwej sobie woni, ale wszystkie pachną jednostajnie, modną w tym sezonie perfumą.
Pod galeriami prokuratorii tysiąc płomieni pali się i łamie w delikatnych szkłach Salviatego, w drogich kamieniach i filigranach wystaw złotniczych.
W pośrodku wojskowa orkiestra gra niezbyt pięknie.
Ale też nikt tej muzyki nie bierze na serio i nie przychodzi słuchać jej wyłącznie. Tu przede wszystkim się patrzy; a jeśli kto słucha, to chyba gwaru zmieszanej rozmowy lub szeptu sąsiada.
Nie powiem, żeby to ostatnie przychodziło bez pewnych trudności. Ledwoś się odczepił od smagłej „fioriny”, kiedy brodaty handlarz owoców w cukrze następuje na ciebie z srebrnym swoim koszem, krzycząc co gardła: Caramel! Caramel! Caramel!. Tuż za nim przeraźliwy dziennikarz z całą europejską polityką pod lewą pachą, zajadle obwołuje swoją drukowaną bibułę268, do której po dniu gorącym, po szepcie „fioriny”, obrzydliwość jakąś uczuwasz.
Po placu tymczasem ciągnie tłum różnobarwny i różnojęzyczny.
Piękne wenecjanki, które cały dzień boży gdzieś po balkonach siedziały, trochę rozebrane, trochę nieczesane, a zawsze mniej więcej brudne — teraz pod wieczór pięknieją, przygładzają włosy lśniące i wpiąwszy w czarne koronki kwiat jasny, idą tu chłodzić się zręcznie wachlarzem, szczebiotać i gryźć cukierki.