Po kościach idzie strach...

Mury te żyją i szepczą do ucha:

„Ach!”

4

Prigioni — Mój przewodnik — Pozzi — Weneckie dzwony — W pałacu Dożów — Assunta — Jan — Mój bukiet — Obrazek z Giudecca — Lani — Zanzary — Pod tęczą.

Po morzu — najsilniej myślą moją i uczuciem targały w Wenecji więzienia. Nieskończony ruch, wolność, życie — odrętwienie, noc wieczna, grób.

Dziw, że ludzie mogli pod okiem wolnego morza wznosić te mury tragiczne, starej zgrozy pełne, na które patrząc, zdało mi się, iż słyszę brzęk kajdan, wleczonych kędyś daleko, daleko...

Chłodny, wilgotny dech lochu trząsł znikomym płomykiem dymiącej pochodni, którą przewodnik mój nad głową niósł, zstępując ze mną do owych prigioni271, kędy lew skrzydlaty św. Marka, co na kolumnie syryjskiej zatoki stoi, jaskinie swoje krwawe i zbójeckie miał.

A przewodnik ten mój, Włoch z suchą i nerwową twarzą, co więcej oczyma świecił, niż kagankiem marnym, mało co do zwykłych „ciceronów272’’ podobnym był.

Nieświergotliwy, milczący raczej, skąpe słowa swoje przekąsywał na ćwierci i rzucał nimi twardo, jakby kamienie gryzł.