Jużeśmy celę oną minęli, gdzie skazańców spowiadano przed śmiercią, kiedy nagłym ruchem zwrócił się wstecz i świecąc ku pustej framudze, w ścianie pajęczyną zasnutej, rzekł krótko: — Tu był krzyż. Ma non Dio273 — dorzucił posępnie.
Po czym my dalej już szli; on — mrucząc mściwie, a ja w ucisku wielkim, serce mając buntu pełne, a kroki ciężkie, jakoby się za mną wlokły wszystkie ziemi łańcuchy.
I tak my przyszli w miejsce przestronne nieco, a przewodnik mój stanął i żagwią274 swoją po ziemi wodził, jakoby szukał czego.
Izba to była momentów ostatecznych i przestrachów śmierci, i tortur.
Pomost pełen plam rdzawych, wżartych głęboko, dawał przejście śliskie przez tę katownię, kędy czerwony pień stał jako ostatnie łoże wielu głów szlachetnych. Przez szczeliny w taflach pomostu słychać było złowrogie szelesty morza i plusk gondoli tej, co była skazańcowi rusztowaniem i wozem pogrzebu.
Ostatnie tchnienia i ziewy śmiertelne do ścian tu kiedyś przywarły z krwią lepką razem; a teraz — obudziły się i ożyły, aby uderzyć we mnie trupią jakąś parą.
To wnętrze tragiczne mostu dei sospiri.
Lew wenecki ofiary tu swoje darł i morzu ciskał; a Doża, co Adriatyk zaślubiał, korowód weselny z trupów tych miał i drużbów straszliwych.
A idąc, zstąpiliśmy niżej jeszcze, gdzie noc była czarniejsza i cisza więcej głucha. Dreszcze tu po ciele szły i włosy wstawały na głowie, a w powietrzu czuć było tę moc, przez którą człowiek milczy i umiera.
I nagle zdawało mi się, że się przede mną otwarły wszystkie ciemnice, które Anhelli275 miał pokazanymi sobie — i usłyszałam jęk cichy, jakoby z daleka przywiany.