— Pozzi276 — syknął mój Włoch, jakby w ustach żelazo rozpalone miał, i pochylił się, bo sklepienie zniżało się tutaj.
I ja pochyliłam się także, ale w uczuciu czci jakiejś i małości własnej. Kaganek dogasał prawie, więc przewodnik mój podniósł go i płomykiem wodził po ścianach, które nosiły na sobie ślady rąk mury drapiących i głów o kamienie tłuczonych; a potem matę z żelaznych prętów, co w lochu na ziemi leżała, nogą pchnął i rzekł z naciskiem: Marino Felieri277.
O ziemio! Pókiż278 ty z myśli ludzkiej będziesz robić kreta, co krwawe ścieżki ryje w mózgach skazańców zamkniętych w ciemnicy.
Tajemna praca lochów mściwa jest i okropna; ona kiedyś rozryje całe wnętrze twoje, iż nie będzie gdzie stopy postawić w spokoju.
Będziesz ty wtedy trząść się i wołać: „biada!”, lecz słońce wejdzie w płomieniach, aby oglądało dzień sądu.
Smutna i zgnębiona opuściłam więzienie weneckie, gdy właśnie ozwały279 się dzwony, bijąc w niebo chórem ogromnym.
Najpierw w kampanilli uderzyło serce tak potężnie, że wszystkie tętna rozbrzmiały w niej — hen na morze!
Potem stary Zanipolo280, współcześnik sławnych wypraw i wielkich Respubliki tryumfów, bił w boki spiżowe jako lew gniewny, kiedy się do walki ma; dalej Frari281 obwoływał po błękitach: Pesaro!... Pesaro!...282, a wnet za nim huczał San Rocco Zobenigo, San Stefano i stare dzwonnice u Rialto.
Daleki szmat ziemi przewędrować można, nim się takie dzwony jak tutaj, posłyszy. Rozgłośne — jakby Alpy i Apeniny do pacierza wołały, a muzyki ich czarodziejstwo takie, że ci serce bić od niej zaczyna, jakbyś pierś ze zdobytej armaty ulaną miał.
Morze chwyta tu dźwięk każdy i spławia go w głębinie, i roznosi szeroko, daleko i odbija w powietrzu falą potężną — czystą. Toteż kiedy ranek rozbudzi wieżyce stare, Wenecja drży jak tarcza srebrna spiżowym młotem ruszona.