Życie tu, jak górskie potoki, zostawia na drogach swoich głębokie ślady. Może jest ono namiętniejszym, burzliwszym niż gdzie indziej, może cięższą stopą niźli po dolinach chodzi: nie wiem, ale nigdzie nie widziałam twarzy tak głęboko rzeźbionych, o rysunku tak wydatnym — zwłaszcza u starych kobiet — o skórze tak wyschłej, tak grubymi szwami ściągniętej, o tak zapadłych i zgasłych źrenicach.

Od gór rodzinnych, szczytami w chmurach i we mgłach stojących, nauczyły się tu kobiety owijać głowę czarną, jedwabną chustą.

Cień, jaki chustka taka rzuca na jasne dziewcząt warkocze, jest niezrównanego malarskiego efektu. Starym prababkom niemniej w niej pięknie.

Niby troska jakaś dawna owija ona te głowy drżące, tak długo bite nawałnicą życia, i zmierzchem grobu rzuca się na te zorane czoła. Głowy takie, dobrej rady nieraz pełne, umieją zajaśnieć w sobie słonecznie uśmiechami drobnych prawnuków i bywają błogosławieństwem chaty przez długie nieraz pokolenia, a zaś kładą się ciche na onym cmentarzu, co na piersiach góry leży, utulony ciszą samotną.

Kiedy pierwszy raz cmentarz ten ujrzałam, stanął mi on w oczach jako „ziemia krzyżów22”.

Nie ma tam bowiem ani jednego drzewa, ani krzaka nawet, tylko las czarnych, żelaznych krzyżów, a pod nimi groby.

Na każdym z krzyżów takich świecił w łunach zachodu Chrystus.

Na czole cmentarnego muru pełen ufności napis, z którego zapamiętałam wiersz pierwszy:

Dein sind wir, Vater, im Leben und im Tode...23

Poza lasem krzyżów, osłaniających mogiły biedaków, pod murem, dokoła grobowce wielkich tego świata. Marmur i kwiaty są czarodziejstwem tego miejsca. Pomiędzy tymi to grobami spotkałam jeden, który mnie długo przy sobie zatrzymał.