Wszystkim młodym rodakom moim chciałabym dać twarz taką, takie jasne czoło i takie mocne ku przyszłości spojrzenie. Co dnia po weneckich kościołach chodziłam, uchylając we drzwiach zasłony ich czerwone, od których odbite słońce rzucało róże jasne na marmury; co dnia widziałam ludzi klęczących — i ołtarze w glorii świateł, i ofiary, i kapłany, i krzyże. Ale modliłam się — przed tą Assuntą tylko.

Boże, przebacz mi, jeślim się — nie o niebo — modliła.


Chociaż w Wenecji czas nie ma szczególnej rączości288, przecież i tu upływają godziny, dnie, tygodnie nawet.

Ranek nad morzem. Więc rzeźwość jakaś i szerokość myśli, kąpiel, zbieranie muszelek i co już jest nadprogramowe, złośliwych bodiaków289 nadmorskich, kolczastych na wszystkie cztery boki, które przez rękawiczkę trzeba było brać i nieść jak jeża.

Myślałam ja sobie zrazu, że to jakie osobliwe drzewo, i nazwałam zielsko to twarde a kolące290 — „kaktusem Adriatyku” dla pięknej formy liści głęboko ciętych i lekko zielonych kwiatów, które w słońcu srebrzyły się i rozkładały w fosforyczną gwiazdę. Zerwałam więc bukiet cały, niemało rąk nadrapawszy.

Aliści291 — ledwom się z nim pokazała292 na Lido, kiedy się Włosiska śmiać ze mnie zaczęły ot tak — od ucha do ucha. Przekonałam się tedy, że „kaktus” mój jest tu uważany za rodzaj pokrzywy i że dobrym przewoźnikom suszącym na Lido białe swoje zęby sprawiłam taką z siebie uciechę, jaką by sprawił Maćkowi293 warszawiak, co by pod jego płotem żegawicy294 narwał.

Ku południowi — oglądanie jakieś. Na toć by i roku było mało, żeby tak kto wszystko vite295 — poczciwy Peregrynant! — i z gruntu zwiedzać chciał. Ale choć ja to tam bardzo z brzegu brałam, przecież zawsze parę godzin dziennie na to odłożonych było.

To fasada, to fryz jakiś piękny, to okno Byrona, to obraz, to grobowiec, to rzeźba, to obyczaj żywy, to włóczęga po owych hałaśliwych calli296, uliczkach Mercerii, pełnych stuku i puku; to wielka targowica na Rialto, gdzie można dostać wszystkiego — prócz spokoju, to posąg jakiś, do którego ciągnie cię patriota, figi gryzący, który szepcze do ucha: Sapete, Thomaseo-Avesano... sapete, sottoprefetto...297 — to wreszcie kampanilla owa, z której czuba — jeśli cię wicher nie zwieje — możesz het, het aż do Apeninów dorzucić oczyma i widzieć, jak się ta Wenecja biała opasuje morzem u bioder. Zawsze się coś znajdzie.

A i to się przygodzi, że co innego oglądać idziesz, a co innego obaczysz.