Popłynęłam raz na Giudecca, żeby tam w Redentore jakąś Madonnę Belliniego czy Vivariniego obaczyć, aż tu, otworzywszy drzwi, ujrzałam zakrystii taki piękny rodzajowy obrazek, o jakim się żadnemu z tych mistrzów nie śniło.

U wysokiego, ciemnego pulpitu siedział mnich w franciszkańskiej sukni. Wysokie, otwarte na zatokę okno wpuszczało gałąź kwitnącej akacji, której mocny zapach kłócił się z dymem świeżo spalonych kadzideł.

Jaskółki świergotały w gzymsach, słońce zachodziło na morze. Przed mnichem leżała wielka otwarta księga, a na niej biała, delikatna, wychudła dłoń zakonnika. Nie modlił się przecież; ale piękną charakterystyczną głowę swoją na ręku wsparł i ku oknu obrócił — i patrzał głębokimi oczyma na akację, jaskółki i słońce.

Tytuł tego obrazka... Nie, tytułu nie dam, zanadto jestem profanem.

Wiem tylko, że minutę we drzwiach postawszy, przymknęłam je cichutko i odeszłam — i nie widziałam już Madonny, ale widziałam rzecz o wiele rzadszą — duszę człowieka.

Po południu — gondole i kanał. Niech co chcą mówią, w Wenecji statki parowe zawsze jakoś nie na miejscu mi się być wydają. Wcale to co innego, kiedy uczujesz pod nogą tę gibką lagun tanecznicę298, potrącona twym skokiem, zakołysze się piersią w tył i w przód.

Wcale to co innego, kiedy ci poppe299, obijając dziób gondoli o stare marmury i pale, krzyczy po zakrętach kanałów: gia-é, premè!300 To już po wenecku przynajmniej.

Stary Lani, co nas co dnia przed wieczorem parę godzin po kanale woził, miał dwie swoje właściwości: koszulę zieloną w pasy i dychawicę.

Prócz tego był obraźliwy — jak poeta.

Z doświadczenia wiedziałam, że Lani póty tylko kaszle, póki nie zacznie mówić; ledwo więc trzy razy wiosłem od brzegu pchnął, zapytywałam go natychmiast: