Nie wiem, czy buraki nie wschodzą, czy brak rąk roboczych, pewna jednak jestem, że niczyje oczy nie oglądały jeszcze cukru fabryki belgijskiej. Może zresztą obecnie lepiej jej się dzieje.

Fabryka gazu założona znów została przez prywatnego przedsiębiorcę Francuza, który zainstalował również gazowe oświetlenie. Szafirowe i czerwone słupy latarń szpecą ogrody szacha i wielkiego wezyra, tudzież z rzadka rozrzucone są wzdłuż ulic. Gaz cierpi na ogólną anemię: gaśnie, nim go zapalą. W ogóle dzieją się z nim dziwne tragedie i istnienie jego jest raczej symboliczne niż realne. Wieczorami zalegają ulice fantastyczne mroki, wychodząc więc na miasto, należy brać z sobą karauła149 niosącego fanus, tj. wielki, papierowy, w mosiądz oprawny lampion.

Oto wszystkie nabytki cywilizacyjne stolicy króla królów.

Cała sieć linii kolejowych pokryje podobno wkrótce Iran od Morza Kaspijskiego do Zatoki Perskiej.

Cywilizacja wleje się potężną falą, przyniesie wszystkie swe zdobycze i wynalazki, wszystkie swe cuda...

Lecz kiedy dymy lokomotyw plamić zaczną szafir nieba i czepiać się czarnymi kłębami po gór skłonach, kiedy zgrzyt kół fabrycznych zagłuszać będzie monotonne, żałosne nawoływania derwiszów150 i kłócić ciszę wieczorną, gdy trotuary zalegną brzegi ulic, a sklepy zajaśnieją blaskiem świateł elektrycznych, Persja przestanie być jednym z ostatnich zakątków ziemi, gdzie artysta szukający natury jeszcze niezgwałconej przez człowieka, rozkochany w harmonii barw, światła i tonów napawać może wzrok obrazami, których wspomnienia na zawsze mu pozostaną w myśli i wyobraźni.

W teraźniejszym Teheranie pewne części dzielnicy perskiej, pewne widoki, obchody, uroczystości są jakby obrazami zamierzchłych dziejów; patrząc na nie, zapomina się o chwili obecnej. Wieki się cofnęły, czas stanął w biegu. W krajobrazach, w gestach, w kostiumach ludzi odżywają minione chwile historii świata.

Gdy wyjeżdżam na spacer za miasto i patrzę na pracujące w polu kobiety w lekkich, jaskrawych czadurach, zdaje mi się, że widzę Rut i Noemi151, zbierające kłosy. Gdy czerpią ze strumienia wodę w wielkie gliniane amfory i zręcznym ruchem stawiają na ramieniu, przypominają Rebekę152 przy studni.

Derwisze w białych sukniach, o długich splotach czarnych i ciemnorudych włosów, o twarzach pięknych i ściągłych, promieniejących nieraz ascetyczną ekstazą, derwisze-anachoreci153, wyzuci z potrzeb doczesnych — przywołują na myśl proroków Testamentu.

Pospieszam dodać, że mówię o czysto zewnętrznej stronie rzeczy. Wiem, iż ci ludzie wyzuci są z potrzeb, lecz nie wiem, czy liczą w swym gronie wielu natchnionych proroków. Wiem za to, że z zamiłowaniem i powodzeniem oddają się żebraninie. Mam swoich derwiszów, którzy po prostu przejść mi przez ulicę nie dają i gdziekolwiek mnie ujrzą, wyciągają rękę o datek jak o rzecz należną im z prawa. Żebrzą z wytwornym wdziękiem i przyjmują jałmużnę z godnością i powagą; miedzianych monet, zwłaszcza od frengi, nie uznają: trzeba im srebra.