W tejże części bazaru nęcą wzrok stare bronie, szable i kindżały, całe rynsztunki rycerskie, szyszaki i naramienniki, tarcze stalowe, inkrustowane złotem i srebrem w bogatej fantazji desenie. Dalej skrzynie, skrzynki, skrzyneczki z hatemu — mozaiki z kości słoniowej, perłowej masy i delikatnych blaszek złota. Skrzynki ispahańskie z aksamitu haftowanego bladymi jedwabiami, złotem i srebrem; ciężkie skrzynki żelazne i stalowe, wysadzane złotem w wojownicze postacie królów otoczonych przez kornie schylonych dworaków.

Kto wejdzie do bazaru z dobrze wypełnioną sakiewką, nie oprze się pokusie opuszczenia go z próżną kieszenią. Bo nie zwiedziliśmy jeszcze wszystkiego, co się w nim kryje. Oto srebrne wyroby z Ispahanu i Szirazu, wypukłorzeźby pokrywające tace, solniczki, kalemdany163. Oto prześliczne staroświeckie malowidła: kolory i złoto nakładane jak u prymitywistów, niesłychanej subtelności ornamentacje; oto delikatne miniatury na kości słoniowej i inne pospolitsze na metalowej płycie. Oto słynne reflets mètalliques, palone w ogniu gliny, mieniące się blaskami roztopionych metalów; sekret ich wyrobu zaginął dziś całkowicie i najmniejsze zabytki sprzedawane są na wagę złota. Ze współczesnych garncarskich wyrobów przypominają je najwięcej rzeczy wyszłe164 z pracowni Golfe-Juanu.

A bazar kalianów! Są w nim kaliany najprostsze, z grubego szkła, ordynarnej165 porcelany lub szyfrowego166 kamienia korassańskiego, i najdroższe, najwspanialsze, staroświeckie i artystyczne, zdobne w emaliowane medaliony i okolone festonami167 pereł, turkusów, szmaragdów.

W bazarze jubilerów kryją się miliony milionów. Olbrzymie turkusy, tak ciemne, jak błękitne niebo Wschodu, szafiry, perły z zatoki Perskiej, szmaragdy z Synaju, brylanty, ametysty, rubiny. Staroświeckie klejnoty, wielkie kolczyki, broszki, naszyjniki w ptaki, kwiaty i liście, sadzone różnobarwnymi kamieniami, wyglądają barbarzyńsko i ciekawie.

*

Rozłożone w innej części tytonie, od jasnozłotych do czarnych prawie, schodzą gamą żółtobrązową. Całe długie ulice zajmuje bazar produktów spożywczych i bazar owoców. Granaty wielkie, czerwone i słodkie, soczyste pomarańcze, cytryny kwaśne i cytryny słodkie, olbrzymie jak głowy ludzkie; bachanalia168 winogron zielonych, złotych, czarnych i rubinowych; jedne z nich maleńkie i jak miód słodkie, schną na gałązkach w rodzenki; inne znów, długie na pół palca, zielono-różowe, najładniejsze są, lecz nie najlepsze. Podłużne melony ispahańskie, białe jak śnieg i jak śnieg zimne, zwyczajne melony stref naszych, figi, daktyle, pistacje. Zdaniem moim, najgorzej dojrzewają na gruncie Persji gruszki, brzoskwinie i wiśnie; nie są ani słodkie, ani smaczne. Porzeczek i agrestu nie ma wcale; maliny hoduje kilku Europejczyków, a truskawki pielęgnują baghbani169 w ogrodach różnych dostojników i sprzedają je za dość słoną cenę, oczywiście bez wiedzy swych panów.

Jednym z najcharakterystyczniejszych obrazów bazaru jest widok ulicznych kuchni. Aszpez170 bazarowy rozdmuchuje leniwie wachlarzem ogień z drzewnych węgli tlący się na małej, żelaznej fajerce, nad którą warzy się na parze ryż w ilościach niezmiernych lub pomidory nadziewane tymże ryżem albo mięsem. Nad innymi fajerkami skwierczą na rożenkach kebaby i gotują się potrawy z baraniny, zaprawione przepalającym podniebienie sosem. W glinianych miseczkach piętrzą się góry marynat (turszi), kwaszonych ogórków, melonów i najróżnorodniejszych jarzyn w occie. Prawowierny Pers nie uznaje bez nich jedzenia. Przy ulicznych tych kuchniach pełno też kahwe-khaneh (dom kawy), w których kipią potężnych rozmiarów samowary i warzy się aromatyczna kawa w miedzianych czarkach o długich rączkach. Persi, tak jak Turcy, nie cedzą kawy przez żadne filtry. Przetartą w żarnach na pyłek drobny jak najdelikatniejsza mąka, gotują z odpowiednią ilością wody i cukru; przyprawiona w taki sposób jest prawdziwym nektarem.

W godzinach południowych naokół kuchni gromadzą się tłumy. Jedni w szmaty chleba zawijają kebaby, inni, biedniejsi, sypki ser owczy. Ryż znika błyskawicznie szybko. Uliczni handlarze herbaty z blaszanym samowarem i skrzynką drewnianą, w której mieści się cukier i szklanki, krążą po wszystkich zaułkach bazaru. Bogatym kupcom przynosi służba na tacach liczne dania.

*

Jeżeli brak czasu i możności na odwiedzanie bazaru — bazar sam do domu przychodzi. Codziennie do każdego Europejczyka stuka kilku dellalów, przekupniów wędrownych, przeważnie Żydów. Dellal posiada zazwyczaj osiołka, którego objucza towarem; sam w przepaścistych jak otchłanie kieszeniach chowa mnóstwo najróżnorodniejszych drobiazgów. Gdy go karauł odprawia, nudzi go i prosi dotąd, póki nie uzyska pozwolenia wejścia na podwórze. Dellale opłacają się zresztą służącym i pełniącym straż wojakom. Nie zraża dellala oświadczenie, że nic stanowczo odeń się nie kupi. On też bynajmniej nic sprzedać nie pragnie, chciałby tylko, by hanum, którą on tak kocha (liczy zawsze na słabość kobiet do zakupów), obejrzała, jakie to on ma dziś cuda. „Tamasza bekunid, hanum171. I z komicznymi grymasami mającymi wyrażać bezmiar zachwytu, jakim przejmują go jego piękne rzeczy — pozbędzie się ich jedynie przez miłość dla frengi — dellal rozkłada jedwabie, dywany, szale, kalemkory, skrzynki, tarcze, hełmy. „Hanum, in Szak-Abbos!!!” Oczy mu w słup stają, gdy pokazuje mi jakiś pancerz pierwotnej bardzo roboty. A ta znów siekierka nasadzana złotem należała do Fet-Ali-Szaha. Kiwa głową, wymachuje rękoma, sam wprost uwierzyć nie może, że los uczynił go posiadaczem tak cennych zabytków, sfabrykowanych zresztą przed paru miesiącami w bazarze przez umiejętnych naśladowców starzyzny.