Tak musieli płakać Żydzi pod murami Jerozolimy tym przeciągłym, długim jękiem konania...
Oto w dniu dziesiątym moharremu epilog dramatu. W okolicy Karbali, którą ma przedstawiać scena, rozłożono dwa namioty; imam obozuje w nich ze swą rodziną. Przez scenę przesuwają się postacie półnagie z zatkniętymi za pas długimi włóczniami, na których kołyszą się dziwne metalowe chorągwie z napisami z Koranu. Dalej kroczą ludzie niosący przez scenę emblematyczne przedmioty mające przypominać koniec Husejna, a więc jego trumnę, jego ubranie, wreszcie wspaniałego konia arabskiego, na którym był właśnie, gdy go zabito. Zjawiają się krwią zbroczeni towarzysze Husejna, którzy wraz z nim tego dnia zginęli. Nadchodzi wreszcie sam Husejn w otoczeniu swych żon i dzieci. Rozpacz tłumów dochodzi do ostatnich kresów paroksyzmu. Jeden olbrzymi jęk bólu przerywa powietrze, jęk nabrzmiały wściekłą zajadłością przeciw ciemięzcom i mordercom. Sypią się klątwy na Yezidów i na Omara. A nad wszystkim góruje skarga żałosna płynąca z tysiąca piersi: „Hassan, Hossein! Yah Hossein!”
Nie próbuję już opisać tego, co się dzieje w Takieh, gdy żołnierz podnosi rękę na Husejna, gdy zabijają jego towarzyszów i dzieci. Oddycham, wychodząc na powietrze i słońce; ciężar spadł mi z serca i z mózgu. Rozumiem, że ludzie przez dziesięć dni z rzędu na to patrzący dochodzą do chorobliwej egzaltacji.
Przez te dziesięć pierwszych dni moharremu ulice są widownią szczególnych procesji. Tłumy półnagich postaci, o piersiach i czołach zakrwawionych na znak żałoby, ze sztyletem lub nożem uwięzłym jeszcze w ranie, krążą po ulicach, bijąc się w nagie piersi miarowym ruchem. Dzikie to i przejmujące. Niejednokrotnie fanatycy umierają z ran, które sobie zadają podczas tych procesji moharremu.
X
Obchód Nowego Roku. — Sala tronowa — Tron Mohammed Szacha. — Uroczystość Salamu. — Dary królewskie: pieniądze, konie, kalaaty. — Gościna króla u poddanych. — Ceremoniał dworski. — Święto wielbłąda.
Nie wiem, czy religia szyitów zaleca jakie zewnętrzne obrządki uspokajające dusze po łzach nad losami Alidów i Husejna i smutkach moharremu. Lecz zsyła wesele po ciężkim poście ramadanu, poście straszliwym, wycieńczającym nad miarę tych, którzy zachowując go skrupulatnie, nie wypiją od wschodu do zachodu słońca szklanki wody i umieją odwrócić oczy od pokusy nęcącego ich kalianu. A zważywszy, że post ten przypada nieraz w lecie229, w znojne żary i w zabójczą suszę, bohaterstwo tych wiernych jest wielkie i będzie im chyba w dniu sądu przez Allaha policzone.
Podczas mego pobytu ramadan przypadł na wiosnę. Ostatniego wieczoru tego miesiąca umartwienia Persi wylegli na dachy domostw i wyczekiwali gorączkowo zjawienia się księżyca. Jego ukazanie bowiem zwiastuje Rok Nowy, No-ruz230 (dosłownie nowy dzień), wraz z którym zaczyna się szereg uroczystości ciekawych i poetycznych w swych zewnętrznych przejawach, a pozostawiających w pamięci szereg obrazów świetnych i iskrzących, barbarzyńskich i wspaniałych. Główną z nich jest Salam — powinszowanie noworoczne, złożone przez lud królowi królów w pierwszy dzień No-ruzu.
Europejczykom z kolonii dyplomatycznej lub pozostającym w służbie rządowej chętnie udzielają zaproszeń na tę uroczystość. Rozumie się, że korzystamy z nich skwapliwie. Poprzez gęste tłumy cisnące się w Majdani Tophaneh (plac broni) i przyległych ulicach powóz przesuwa się z trudem. Jesteśmy wreszcie w ogrodzie pałacowym zwanym Gulistanem231, czyli krainą kwiatów. Rzeczywiście, jedna to z najbogatszych oaz roślinności Teheranu i jego okolic. Przejrzyste strumienie płyną po dnie z niebiesko-turkusowych majolik; takąż majoliką wyłożone są dna licznych basenów, w których srebrzy się woda jak łza czysta. Szafir nieba odbija się w kryształowej fali; od zacienionych alei wieje chłód rzeźwiący. Docieramy do budynku, zwanego talarem lub Tachti Khaneh232, salą tronową. Przed nim rozściela się dość obszerny plac, właściwy teatr Salamu.
Owa sala tronowa wznosi się na niewielkim podwyższeniu, a pozbawiona jest zupełnie przedniej, patrzącej na ogród ściany, tak że z zewnątrz widać tron doskonale. Sala uchodzi za jeden z najpiękniejszych wzorów sztuki ornamentacyjnej perskiej, którą artyści irańscy osiedleni w Hiszpanii w mieście Rioja przenieśli byli podobno do pałaców mauretańskich. Wysoki sufit tworzy kilka wielkich sklepień podzielonych na mniejsze niezliczoną linią łuków i załamów, rzeźbionych delikatnie, pokrytych arabeską barw i złoceń. Od tła ich odbijają oryginalnie malowane postacie kobiet i jeźdźców; wszędzie plączą się kwiaty. Pomimo bogactwa kolorów i złoceń nie razi to oka jaskrawością, lecz przeciwnie, daje wrażenie harmonijnego dzieła prawdziwych artystów. Tylną ścianę Tachti Khaneh stanowi jedno szerokie okno łukowe, którego szkła różnokolorowe tworzą zwoje kwiatów i ujęte są w misterne jak tkanka pajęcza lekkie linie rzeźb drzewnych.