Kucharz zjawia się między dziewiątą i jedenastą i odchodzi po śniadaniu około drugiej, aby znów powrócić między trzecią i czwartą godziną wieczorem. Tyranizuje karaułów, którymi wciąż się posługuje, posyłając ich po chleb, po lód, po węgiel, po rzeczy, na których nic lub bardzo mało się zarabia, każe im zmywać i pokrzykuje na nich ustawicznie.
Na innych służących władza jego już się nie rozciąga. Ci są panami mieszkania i utrzymują w nim możliwie największy nieład. Słaniają się po domu, powłócząc z lekka po dywanach miotełką z suchych gałązek lub niedbale powiewając jak sztandarem ściereczką od kurzu, muskają nią meble i drobiazgi.
Nie zaznałam chwili spokoju co do czystości naczyń domowych od dnia, w którym zobaczyłam perłę służących, melancholijnego Abbasa, czyszczącego wraz z karaułami samowar i rondle w gęstozielonej wodzie basenu, w której kilkadziesiąt osób dziennie zanurza brudne ręce, sądząc, że je w taki sposób myje.
Biedny mój Abbas! Ćwiczyła się na nim nieubłaganie werwa naszych przyjaciół i nasz własny dowcip; rozweselał mi nieraz chwile smutku i nudy. I dziś wystarcza mi przypomnieć sobie pochyloną boleśnie na bok głowę, z kropelką wiszącą stale na końcu pałkowatego nosa, usta gapiowato otwarte, całą tę ogłupioną postać zaspanego muła, ażeby się ubawić wesoło.
W parę dni po przybyciu do Teheranu najęłam tego niedołęgę, świeżo przybyłego z Tebrysu, nieumiejącego słowa po persku ani po turecku, bełkoczącego tak, że na dziesięć wyrazów jeden zaledwie można było zrozumieć, i zachowałam go aż do dnia mego wyjazdu z Persji.
Z początku trzymałam go z litości, taki mi się zdawał bezradny, nieudolny do niczego i nędzny... jak psy i dzieci Wschodu. Później przyzwyczaiłam się doń jak do niewygodnego, lecz dawno posiadanego sprzętu.
Jednakże w krótkim bardzo czasie przekonałam się, że mój Abbas nie jest bynajmniej bezradny, ale że wcale przyzwoity procent pobiera na zakupach, których przywilej pozostawia mu kucharz, i sztukę obdzierania nas posiadł na równi z innymi doskonale. Lecz nigdy niczego w domu nie ruszy. Pieniądze mogą leżeć na wierzchu, a szafy stać otworem. Zwyczajna kradzież, ten uproszczony sposób przyswajania sobie cudzego dobra, nie jest ani w charakterze jego, ani służby perskiej i Persów w ogóle.
Oszukiwać? Tak, dopóki można, dopóki ofiara się nie spostrzeże. Kraść? Nie... Tego nie uznają. Domy perskie nie są wcale przeciw złodziejom i rzezimieszkom zabezpieczone, a jednakże kradzieże są niemal nieznane.
Abbas, zbogaciwszy297 się, zaczyna nabierać namiętności do stroju. Widząc na służących wszystkich naszych znajomych wyszamerowane i wyzłocone mundury generalskie, kupuje sobie mundur pułkownika, a jednocześnie prześliczny kostium frengi, który nosi od wielkich uroczystości: czekoladowy króciutki żakiet, którego wcięcie przypada w środku pleców, i wąskie spodenki kręcące się grajcarkowato298 na nogach. Na ten kostium nikt z nas nie jest w stanie patrzeć bez homerycznych299 wybuchów śmiechu; Abbas przyjmuje te niewłaściwe przejawy wesołości ze spokojem i pogodą umysłu filozofa.
Abbas ma jedną opłakaną wadę. Wyobraził sobie widocznie, że jak członkowie sławetnej korporacji karaułów, majątek swój powiększy szybciej, zajmując się lichwą, i za ofiarę takowej nas chce wybrać. Nie mogę posłać go z mego pokoju do gabinetu męża po pieniądze, by mi w tej chwili nie proponował pożyczki.