Nie zapomnę nigdy, że kiedy parokrotnie byłam ciężko chora, biedny mój, niedołężny Abbas z własnej inicjatywy rozkłada na noc swe szmaty pod oknem (Abbas sypia w domu), ażeby na wszelki wypadek pośpieszyć mi z pomocą; że ten próżniak, który zwykle pół dnia drzemie i wszystko robi, usypiając, wślizguje się jak cichy cień do pokoju już o piątej z rana, przynosząc świeży lód (wiedział, że na niego czekałam z upragnieniem) i wrzący samowar.
Około godziny dziesiątej cała służba przychodzi codziennie dowiedzieć się o moje zdrowie.
Cztery postacie ustawiają się rzędem przy progu: Jahu, Abdullah, Abbas i stangret. Głowa Abbasa wisi na boku jak ścięta, czekam tylko, kiedy spadnie z niej khola, kropelka drży na nosie, dwie kropelki kręcą się w oczach. Abdullah, krasomówca tej grupy, oświadcza mi niezmiennie głosem pogrzebowym, iż Allah jest wielki, co zdaje mi się oznaczać w języku prostym, iż stoję u niepożądanego progu wieczności, i co oczywiście znakomicie działa na podbudzenie mej odwagi i uspokojenie nerwów. Po onym skonstatowaniu wielkości Wszechpotężnego polecają mnie jego opiece w powodzi „Masz-allah, Iusz allah, Bes-mellah!” i odchodzą, kiwając żałośnie głowami.
Rozumie się, iż ta codzienna wizyta nie świadczy jeszcze o sile ich uczuć ludzkich. Lecz nie trzeba nawet tym ludziom, z natury krzykliwym, zalecać zachowywania się spokojnego. W domu panuje grobowa cisza, chodzą wszyscy jak cienie. A co jest najważniejsze, na czas mej choroby zawieszają prawie całkowicie akcję okradania, uważając, iż nie wypada obdzierać bezbronnych. Aga domem się nie zajmuje, bo zbyt poza domem od świtu do zmroku jest zapracowany; hanum, choćby chciała przypilnować, nie może. Więc szlachetnie rezerwują wszelkie łupiestwa na później, na chwilę, gdy hanum będzie mogła się bronić.
Dlatego, jakkolwiek Jahu założył podobno za nasze pieniądze sklepik na ulicy klubu, pięknie prosperujący, jakkolwiek Abbas po roku pobytu u nas chciał mi pożyczyć 500 franków, jakkolwiek kucharz rysuje na swej książeczce różne hieroglify, których postaci konkretnej nie tknęły nigdy nasze usta — szczerze przyznaję, że dobre o nich wszystkich zachowałam i zachowam wspomnienie.
Nie postawiłabym ich kandydatury do nagrody za cnotę i nieposzlakowaną uczciwość, lecz doprawdy są to sympatyczni rabusie!
XIV
Stosunki Europejczyków z Persami. — Obiady u wielkiego wezyra. — Przyjmowanie perskich ekscelencji w domach europejskich.
Stosunki towarzyskie Europejczyków z Persami są rzadkie i ceremonialne. Wiążą nas z niektórymi z nich dalekie sympatie; zbliżenie się nie następuje. Stoimy na dwóch przeciwnych krańcach myśli i dążeń; ideały nasze sa wręcz odmienne. My żyjemy w ciągłej gorączce. Na warsztacie mózgu mamy zawsze mnóstwo przeróżnych kwestii literackich, filozoficznych i społecznych, absorbujących nas na razie wyłącznie, walczymy wciąż z nowymi wiatrakami. Oni śpią spokojnie na ruinach starej cywilizacji, rządząc się filozofią wypoczynku i kontemplacji. Każdy Pers zdolny byłby przesiedzieć życie nad basenem swego ogrodu, wpatrzony w tajemnice wody, odurzając się narkotykiem kalianu.
Prawdopodobnie robimy na nich wrażenie półwariatów; oni imponują nam czasem niezmąconym spokojem wobec wszelkich katastrof, kataklizmów wstrząsających ludzkością, częściej jednak mącą tę niczym niezakłóconą pogodę. Wzajemnie się nie rozumiemy i nie staramy zrozumieć.