Życie towarzyskie w zupełności tam nie istnieje. Jest to logicznym i naturalnym wynikiem rozdzielenia społeczeństwa na dwie grupy: mężczyzn i kobiet, żyjących, zbierających się i bawiących się oddzielnie. Kobiety perskie z wyższych sfer pragną widoku swych sióstr z Zachodu, choćby dlatego, by móc je z bliska obejrzeć i przypatrzeć się, jak trzeba nosić mody frengistańskie, które bardzo je pociągają. Lecz nie wolno im rewizytować Europejek. Nawet biednej Bibi-hanum cywilizowany jej małżonek nie pozwoliłby przestąpić progu domów europejskich: nużby spotkała tam mężczyzn? Nawet córka ministra oświaty, z którego rodziną pozostajemy w ciągłych i bliskich stosunkach, która stale się u mego męża leczy i rozpływa się w zachwytach nad moją kuczulu, zaprasza mnie często, lecz nigdy do mnie nie przychodzi. Przeprasza mnie gorąco i tłumaczy, że nie może, obyczaj nie pozwala; wszyscy by się na nią obruszyli.
Pozostają stosunki z mężczyznami. Tym wolno zarówno przyjmować Europejczyków, jak i u Europejczyków bywać. Wielki wezyr wydaje parę razy do roku obiady, na które zaprasza jedynie i wyłącznie członków koła dyplomatycznego wraz z ich żonami. Obiady te w pewnej części personelu dyplomatyczno-konsularnego są powodem wielkich agitacji i większych jeszcze tragedii. Kwestia miejsca, jakie mogą zajmować przy stole panowie Y. i Z. i ich małżonki, szeroko jest omawiana przez całą kolonię. Protokół bowiem nie we wszystkich punktach jest jasny, w niektórych nawet uporczywie milczy lub też pozostawia pole dowolnym interpretacjom. A od miejsca, które przysądzone będzie u stołu wielkiego wezyra panu X. lub panu Y., zależy niemal w pojęciu interesowanych honor i kariera męża i egzystencja żony.
Na moje szczęście nie bywam na tych obiadach, na nieszczęście jednak jestem powiernicą dwóch dam, których mężowie, a więc i one rywalizują o jedno i toż samo miejsce przy stole. Kto w dwóch tych rodzinach nie chce mieć wrogów, nie powinien ich nigdy zapraszać razem. Lecz czasem niepodobna tego uniknąć. Ja sama zmuszona byłam kilkakrotnie przyjmować ich jednocześnie. Sadzam męża jednej z prawej strony koło siebie, żonę drugiego z prawej strony mego męża. Zdaje mi się to najlepszym rozstrzygnięciem kwestii. Nieprawda, obie pary nic nie jedzą i zatruwają humor całego zgromadzenia swymi grobowymi minami.
Po pierwszym obiedzie, który odbył się u Sadrah-azama (wielkiego wezyra) za czasów mojej w Teheranie bytności jedna z tych moich przyjaciółek zjawia się u mnie już o dziesiątej z rana, rozpromieniona, szczęśliwa, wesoła.
— Cudowny dziś poranek! Może byśmy przeszły się nieco. Chodźmy do ogrodu Sadrach-azama rwać fiołki, dobrze?
Widzę, że zwyciężyła wczoraj i chce lubować się jeszcze swym zwycięstwem.
— Pani S. prawdopodobnie dziś leży; nie będzie mogła przyjść zanudzać panią swymi żalami. Zielona była wczoraj z rozpaczy, nie miała nawet siły wdzięczyć się do ekscelencji, przy której ją posadzono, i opowiadać o wielkich aliansach swej rodziny. Myślałam, że się rozpłacze, żal mi jej nawet było! Ale trudno, sprawiedliwość przede wszystkim! Nam się należało pierwszeństwo. I czy wie pani, że intrygowali oboje przed obiadem, kokietowali Szeik Mohammeta, by dowiedzieć się o porządku miejsc przy stole.
Szeik Mohammet to faworyt Sadrach-azama, młoda nadzieja kraju, przyszły minister, doktorek, który tak pięknie wystukuje na fortepianie jednym palcem.
Po śniadaniu zjawia się moja druga przyjaciółka zgnębiona, przybladła, zmizerowana. Pytam jej się naiwnie, czy dobrze bawiła się u Sadrah-azama.
— Jak to, nic pani jeszcze nie wie? Posadzili ich przed nami. Gdybyśmy przypuszczać mogli, że spotka nas taki afront, nie poszlibyśmy na ten obiad. Nie chcę mówić źle o naszym ministrze, lecz jego obowiązkiem było stanowczo temu się sprzeciwić: wszak to od niego tylko zależało. Nie, to przechodzi granice wszystkiego. Nie pozwolimy sobie tak wobec innych legacji ubliżać. Mąż mój został tu przysłany ze specjalną misją. A ten dragoman jakiś, który karierę życiową skończy na konsulacie?