— Czy to ktoś chory z pańskiej rodziny? — spytała.

— Nie, pani!

— Cóż on mówił, ten stary?

— Sąsiadka Poświcia, ociemniała wdowa, zasłabła. Wzywa mnie!

— Niech pan wraca prędko! Ja tu bez tłumacza nie dam sobie rady. Będę czekać z obiadem.

— Dziękuję, mogę dłużej zabawić... Może wrócę w nocy...

— Ach, jakiż pan dobroczynny!...

— Czy tam tylko mieszka ociemniała wdowa? Nikt więcej? — zagadnął Marwitz podejrzliwie.

Marek nic nie odpowiedział, ukłonił się i zniknął. Na dworze grała kapela i biesiadował tłum ochoczo. Przybysze wędrowali po domu, pełni podziwu!

Dwadzieścia lat nie było gospodarzy, a wyglądało wszystko, jakby wczoraj odjechali! Troskliwa snadź97 i przyjazna ręka rządziła tutaj.