Parobek odszedł, ale wieść ta mocno podnieciła starego. Czego mógł chcieć wuj od wygnanego niegdyś siostrzeńca? Może naprawdę umiera?...
Niedługo dumał spokojnie kaleka. Sądzonym było, że zagroda Markowa będzie dnia tego celem pielgrzymki i hiobowych wieści.
Furtka skrzypnęła, na dziedziniec wszedł chłop niemłody, obielony mąką, postawy pomimo lat prostej i zdradzającej dawną żołnierkę.
O trzy kroki od Ragisa stanął w prawidłowej pozycji szeregowca i milczał.
— A cóż tam, kolego Juchno? — zagadnął były kapral, wąsa muskając.
— Z raportem od młyna przychodzę. Dziś w nocy woda porwała koło.
— A gdzież ty byłeś, żeś nie dopilnował? Spałeś?
— A spałem. Panicz mi wyznaczył trzy godziny wypoczynku od północy. Jak się obudziłem, nie było koła. Poszedłem go szukać i znalazłem pod Gryniszkami. Chłopi złowili. Chcą wykupu!
— To dopiero facecja119. Takie koło! Paręset rubli warte! A mówiłem ci Juchno: w młynie jak na forpoczcie120, Dubissa zawsze nad złem przemyśliwa. Zdradny to nieprzyjaciel! No, i zrobiła psotę!
— Aha! To klekotanie i hałas tak odurzy, że śpisz jak zabity. Chłopi chcą teraz trzydzieści rubli! Już ja bym swymi zapłacił, ale odesłałem wnukowi do szkół, więc przyszedłem do panicza po ratunek...