— Niech pani poprosi tego pana, żeby zostawił poczciwe zwierzątko!... — rzekła do Julki.

Ragis, usłyszawszy żądanie, kiwnął głową na zgodę, a widząc, że ceregiele niedaleko zaprowadzą, własnoręcznie nałożył na talerz poziomek, zalał mlekiem i podał jej, prosząc gestem o spożycie.

— Dziękuję panu! Bardzom rada, bo się zgrzałam i zmęczyłam! — rzekła.

Julka przełożyła to na polski, a stary wąsa pokręcił i aż pokraśniał z zadowolenia.

— A co? — szepnął Hance. — Możem źle się sprawił? Ja bo całe życie umiałem kobietom dogadzać! Ot, obeszło się bez panny Anety. A gdzież ten brzydki się podział?

Odpowiedź otrzymał natychmiast. W ogrodzie rozległ się tętent, sprawił go poważny Marwitz. Biegł, zapewne raz pierwszy w życiu, pędem i jak szalony machał rękami. Były to owe smutne skutki pszczelniczych obserwacji.

— Iry! — krzyczał. — Jedna mnie ugryzła w oko, druga w nos, trzecia w policzek! O je! Znowu coś brzęczy!

Zabiegł aż do stajni, gdy wrócił, poszkodowane członki już nabrzmiewały. Wyglądał strasznie.

Panienki wybuchły bezlitosnym śmiechem, psy, uważając te gonitwy jako zachętę, zaczęły biegać, skakać, oszczekiwać Amerykanina, Ragis znów piorunował.

— Otóż i ugościła panna Aneta! Zrobiło się z człowieka weneckie straszydło! Leżeć, psy, hultaje! Ot tobie i miodek! Wstyd i despekt128 dla domu! Panno Aneto; panno Aneto! Leżeć, hultaje!