Porwał za kij i powiększył gromadę biegających. Uciecha panienek rosła. Śmiały się do łez.
Jedna Hanka utrzymała powagę. Żal jej się zrobiło poszkodowanego; na ból każdy, choćby z pozorem komizmu, miała pewne politowanie. Skoczyła do ogródka, przyniosła pęk liści i bez wahania teraz zastąpiła drogę opędzającemu się Marwitzowi.
— Panie, proszę zachować się spokojnie, bo ruch drażni owady. Niech pan usiądzie i na miejsce bolejące przyłoży to ziółko; za chwilę przejdzie cierpienie!...
Na dźwięk tego głosu Amerykanin stanął, spojrzał na nią jednym okiem — drugie było jedną górą puchlizny — i uskutecznił żądanie.
— Żądła jeszcze tkwią!... — zawołała Hanka, przyglądając się uważnie.
— Niech mnie pani ratuje! — jęknął. — Ja nic nie widzę, nie słyszę, jestem kaleka! O je! Jak boli!
Z całą powagą przyszłego lekarza dobyła delikatnie żądła, podała mu liście. Irenka z Julką śmiały się ciągle, Ragis z wielką złością nałożył sitko i poszedł kłócić się z panną Anetą.
Marwitz siedział sztywnie jak chińskie bożyszcze, po chwili zaledwie odsapnął, wstał, ujął rękę Hanki i z całą ostentacją podniósł do ust.
— Pani! — rzekł. — Nade wszystko miłuję spokój i w całym życiu nikogo nie naruszyłem! Myślałem — tu westchnął — że w tych zasadach umrę. Niestety!... Rachując, zapomniałem o pszczołach... Jestem człowiek chwiejny...
Wygłosiwszy to patetycznie, siadł na powrót i zwracając się do Irenki, dodał: