— Iry, ty się śmiałaś? Ty zawsze ze mnie się śmiejesz! Daruję ci, ale jedno proszę: nie opowiadaj w Drakecity, żeś widziała Clarke Marwitza biegającego. Tego nie przeżyję!

— Będziesz żył z tym, mój drogi! — odparła ze śmiechem. — Podziękuj równie szumnym słowem pannie Czertwan za ratunek, bo żeby nie ona, biegałbyś jeszcze długo!...

— Ja pannie Czertwan odwdzięczę się czymś lepszym niż słowem! — odparł zupełnie serio.

Szydercze oczy Irenki popatrzyły nań długą minutę. Zamigotały w nich iskierki żalu; może zrozumiała, co chciał powiedzieć, bo zagryzła usta i zmusiła je do milczenia i powagi. Julka z równą trudnością hamowała wesołość.

W ogródku Ragis burczał, wzdychała żałośnie panna Aneta, przejęta całą grozą wypadku z takim gościem. Wracali razem do towarzystwa. Na widok tak świetnego zgromadzenia, starowina straciła głowę. Z daleka obchodziła stół, dygając co krok i po staroświecku, dwoma palcami, unosząc spódniczkę. Myślała ze strachem, czym to grono nakarmi.

Goście skłonili się jej w milczeniu, Julka wyłożyła pannie Orwid, kto to jest, Ragis na pociechę ofiarował Marwitzowi poziomek, spokój powracał powoli.

Wokoło za to robiło się coraz gwarniej: wieczór nadchodził, trzody ściągały z pastwisk, ludzie ze świątecznych wędrówek. Ulica zapełniała się bydłem, końmi, owcami, zabrzmiała gwarem ludzi i zwierząt.

I brama Markowa otworzyła się szeroko. Dobytek, rycząc, przeciągał do stajni. Niewiele tego było, ale gładkie, lśniące, wesołe i — jak menażeria Ragisa — oswojone do rąk i głosu człowieka.

Amerykanie przyglądali się ciekawie tym mizernym dostatkom człowieka, który tam, w Poświciu, obracał setkami tysięcy, a zostać nie chciał za żadną cenę i wrócił do tej zagrody na pół chłopskiej, do twardej pracy i niewygód. Spodziewali się zobaczyć wcale inną fortunę.

Potem Grenis zamknął bramę, zakrzątnął się z Ragisem na podwórzu, służąca z panną Anetą poszły ze skopkami do obory, goście, zostawieni sobie, rozmawiali, coraz częściej spoglądając na słońce.