— Tedy królowa rzekła: „Nie pastuchem jesteś, ale bohaterem, i większa jasność z twego czynu i miecza niż z mojej korony!” Skończyłam!
— Źle powiedziała królewna! — zadecydowała panna Orwid, wstając i potrząsając wyzywająco głową. — Powinna była rzec: „równiśmy sobie, bo cię kocham, a ty mnie. Tyś mi nie pastuch, ale mąż, a ja nie królewna, ale żona! Bądźmy szczęśliwi!”... Nieprawdaż, panie Czertwan?
Marek oczy wbił w ziemię i długo milczał. Julka zaśmiała się i odeszła do Ragisa w stronę okopconych ulów.
— Nieprawdaż, panie Czertwan? — powtórzyła panienka.
— Wejdawut powinien był do końca cierpieć i zęby ściskać! — zamruczał.
— Tedyby marnie zginął! Największy rozum do czasu milczeć i do czasu mówić. Dlatego on bohaterem i pan go za pierwowzór ma. Proszę tej bajki nie zapominać i nie zmieniać wedle fantazji. Daruje mi pan swego czarnego praojca? To jakbym miała pana portret!... Mogę go sobie wziąć do Poświcia??...
— Proszę, pani!
— Dziękuję, Wajdewucie!... — rzuciła z uśmiechem.
Obejrzała się po ruinie i spoważniała natychmiast.
— Wracając do naszej rozmowy, czy pan się nie obrazi na mnie, gdy o coś bardzo, bardzo poproszę?