— Czego się pani śmieje? — spytała Irenka.
— Bo z tego pani określenia wnoszę, że pani tę kwestię traktuje nieobiektywnie, jak ja, ale subiektywnie. Dlatego w sądzie o panu Czertwanie nigdy się nie zgodzimy.
Irenka pokraśniała nieco.
— Ma pani słuszność! — potwierdziła z całą szczerością. — Najgorzej to mnie gniewa, że i on wszystko traktuje obiektywnie.
— Oj! Coś mi się zdaje, że pani się myli! Ja w nim widzę wielką zmianę od pewnego czasu. Bardzo to podobne do owej słabości, której brak zarzuca mu pani. Ja mam oczy przyszłego doktora i prorokuję, że z tej skazy urośnie mu śmiertelna choroba i ciężka wada serca!
— Tego bym tylko chciała! — rzekła wesoło Irena.
Powóz stanął przed poświckim gankiem. Naprzeciw nich wyszedł Marwitz skrzywiony, żując w ustach resztki cygara. Na widok Julki poszukał kogoś jeszcze oczyma i westchnął jak wieloryb.
— Cóż porabiałeś, Clarke?
— Złowiłem cztery rybki!... — wymówił smutnym tonem.
— My tymczasem rozprawiałyśmy o twych losach. Wiesz, że te panie pojutrze wyjeżdżają?