— Czy ci młyny chodzą w głowie? — spytał półsennie.
— Aha — zamruczał zagadnięty.
I stary znowu zasnął, ale Czertwan darmo zamykał oczy, próbował uleżeć. Nie mógł. Psy ujadały i wicher wył żałośnie; nie młyny go zajmowały, ale z uszu pozbyć się nie mógł nieznośnego dźwięku, jak zmory: „Biedny pan Łukasz!”
Ledwie szarzało na dzień, porwał się z posłania i wyszedł cicho na podwórze.
Szron pokrywał ziemię, drzewa, dachy budowli, zimno było dotkliwe.
We drzwiach stajenki Grenis się krzątał, odmawiając pacierze, a od ulicy, na kamieniu, siedział człek jakiś, plecami zwrócony do chaty.
— Grenis! Założysz konie do wozu i pojedziesz do Skomontów zaraz. Powiesz tam pannie Annie, że jesteś na jej rozkazy. Rozumiesz?
— Rozumiem, panie kapral! — odparł wymustrowany sługa Ragisa i wykonał na lewo zwrot tak niefortunny, że się potknął i upadł.
Marek nie zważał na to, bo jednocześnie człek nieznajomy wstał i podszedł.
Był to Łukasz Gral.