— Język ludzki młyn na plewy! — zamruczał.
— A jam nie rad, jak ty między tymi plewami! No, powiedz bez wykrętów: kochasz pannę Janiszewską? Myślisz ją brać?
Czertwan głowę zwiesił i odparł głucho:
— Jedną kochałem i chciałem brać! Drugiej już nigdy nie zechcę! Ciotka niech położy kabałę, czy Orwidowie wrócą: to mi jedno na sercu! Zresztą nic!
— To źle! Wstyd mi za ciebie, bo po pierwsze miałeś kiepski gust, a jeszcze kaduczniejszą masz naturę, że tego śmiecia żałujesz! No, to tak naprawdę nie zatańczę na twym weselu i ty swego nosa nam nie pokażesz?
— Przyjadę jutro.
— Wiesz co, lepiej dzisiaj pod moją eskortą! Bo jutro gotóweś57 zagrzęznąć koło promu i nie dojechać! Ja to wiem po sobie! Kawaler kawalera rozumie!
Tak. Ludzie gadali cuda o ich stosunku, a oni jedni tylko o tym nie wiedzieli. Marek się obejrzał, zastanowił i cały tydzień nie odwiedził samotnic.
Na tradycjonalną wigilijną wieczerzę panna Aneta sprawiła mu sążnistego szczupaka z szafranem i starożytną „kutię58” na zimno — obiecał przyjechać.
Nad wieczorem wybrał się tam pierwszą sanną, na zawrocie do Jurgiszek popędził konia. Czuł wyrzut sumienia, że mija to sieroctwo opuszczone od wszystkich.