— Czemuście pana tam nie wprowadzili? — zawołał zgorszony.
— Czyż ja wiem? — odparł wójt — musić tak chciał.
Stanęli pod gankiem. Marek wyskoczył, żywo otworzył drzwi.
Gość stał u stołu, na którym kipiał samowar, i zwijał papierosa, pogwizdując bez ceremonii.
— Dusza moja, a gdzież ten wasz uprawlajuszczyj60? — zagadnął, nie oglądając się.
Markowi na ten głos opadły ręce: prawie rozpacz przemknęła mu po twarzy.
— Kazimierz! — wykrzyknął.
Młody człowiek rzucił papierosa, podbiegł, objął go za szyję i począł ściskać i całować.
— Witaj, brat miły! Witaj! — wołał ze łzami w oczach. — Ot i ja przyjechał na rodzinę. Co? Ty mnie poznał? Ha? Wyrósł ja?
Marek obejrzał przyrodniego brata uważniej.