Wyrósł, zapewne, ale jakże się zmienił! Z ładnego, młodego chłopca stał się człowiekiem chudym, bladym, obrzękłym, już trochę łysym, ze szkłami na wpadłych oczach. Jucht czuć od niego było, zmieszany dziwacznie z paczulą i słodkawym dymem tytuniu61. Atmosfera klubowej szulerni.
— Głos poznałem — rzekł starszy, obserwacje chowając dla siebie. — Możeś głodny, zmęczony? Z daleka jedziesz?
— Z Rygi, brat miły! Szelma Witold ma ładną kochankę! Prosto duszka! Już ja się od lata zabieram jechać do was, zaraz po twoim piśmie, ale między tym wypadł interes! Nie było jak!
— Rad jestem, żeś wrócił nareszcie! Siadaj, proszę. Nie słyszałeś czego o Orwidach?
— Ani psa! Zbierałem sprawki najdelikatniej, ale bez żadnego skutku!
Ogrodniczek, pełniący zarazem funkcję lokaja Marka, przyniósł wieczerzę. Zasiedli do niej we dwóch. Gość zażądał wódki i pił kieliszek po kieliszku, paplając coś bez ustanku. Gospodarz podparł głowę łokciem i słuchał, coraz posępniejszy.
Stanął mu w pamięci ów wieczór jesienny, gdy po liście Kazimierza poszedł na Dewajtę. Szumy dębowe nie darmo go ostrzegały przed odejściem!
— Epopeja, moja jazda — prawił Kazimierz, upajając się własnymi słowami. — Tydzień żegnaliśmy się z druhami. W niedzielę zaprosił mnie starszy sowietnik, w poniedziałek dał kolację prokuror, we wtorek byłem u kupca C., we wtorek na bliny62 zawołał do siebie przeświatły63 ojciec Nikanor, we czwartek poszedłem do mojej przyjaciółki wdowy Pelagii Fokowny, a w piątek na dworcu dałem ja kolację kolegom. Nikt nie był trzeźwy, szampiter lał się jak woda, oczyszczonej zabrakło w bufecie. Zapłaciłem 600 rubli daremnych, bo je wybębniłem w stukułkę, i pojechałem z płaczem. Oh, miły brat! Jak mnie ciężko przyszło rozstać się z dobrymi ludźmi! Spałem spokojnie do Kołymny, aż tam kiedy wyjrzę, na platformie sotnia64 Cyganek i Cyganów. Ktoś im dał wiedzieć, że jadę; przyszli z powitaniem i z pieśnią. A ty słyszał kiedy cygańską pieśń? Jak pieją65! Dusza mój! Nic piękniejszego nie ma na Bożym mirze66! Na rękach mnie wynieśli i trzy dni trzymali i gościli. Tak ja nigdy nie biesiadował. A co pierzyn nasłali! Cha, cha, cha!
— Z matką się widziałeś? — zagadnął Marek, obojętny na te sukcesy.
— A jakże! Pisałeś, że ojciec, daj mu Boże zbawienie, zostawił i dla mnie majątek i kapitał. No, a gdzieże oni?