— W matki zarządzie.
— Jakże to? A ona mówiła, że u ciebie znajdę!
— To źle mówiła, bo ja nic o tym nie wiem. Ojciec tobie, jak każdemu z nas, dał 5000 rubli, Ejniki przy tym i błogosławieństwo, jeśli wrócisz! Mnie kazał Poświcia pilnować i do was się nie wtrącać.
— To płocho67, brat miły, bo ty jedna głowa. Oni mnie gotowi naduć68! — rzekł Kazimierz frasobliwie69.
Na pociechę wypił kieliszek.
— Niczego! — zawołał z fantazją. — Połóżmy nawet, że nic nie dadzą, to mi teraz nie strach! Żałoby nie założę. Połuczam70 tysiąc rubli żałowania! Można żyć! Żebym chciał, tobym był bogatszy, mogłem się ożenić. Aha, prawda! Toż i ja ciebie dziś spłoszył od panienki.
Marek obojętnie ramionami rzucił. Kazimierz więcej się nie pytał, sen go morzył, coraz ciężej obracał językiem, mrugał oczyma, rozkładał się wygodnie w fotelu, wreszcie zachrapał! Gospodarz polecił go opiece ogrodniczka, a sam wyszedł na ganek. Atmosfera pokoju tłoczyła mu piersi! Godzinę stał na ganku, obojętny na mróz. Myśli jego były daleko, przy grobie ojca. Jaki on był szczęśliwy, że umarł, nie zobaczywszy dnia tego!
Nazajutrz, kto żył we dworze, pod przewodem rządcy spędził ranek w kościele.
Gość spał, potem zjadł obiad i znowu spał. Marek kazał konia założyć i ruszył do Saudwilów. Pierwszy raz czuł potrzebę podzielenia się z kimś swoją nową troską. Wczesny mrok zimowy zapadał, gdy wjechał w ulicę.
Ze wszystkich okien biło światło, odzywały się wszędzie skrzypce i bębenki, gromady postrojonych chłopaków chodziły z kolędą, u Wojnatów tańczono ochoczo, tłum otaczał zagrodę, tylko jego chata cicha i prawie ciemna.