Wielki czarodziej i panna Aneta grali sobie w mariasza przy kominie. Żałowali świecy zapewne.

Wszedł, powitany zajadłym szczekaniem i piskiem menażerii.

— Marek! — powitała go radośnie ciotka. — A to dopiero miła niespodzianka!

— Cicho, hołota! — zakrzyknął Ragis, robiąc porządek swą drewnianą nogą. — Aha! Niespodzianka! Czemu to tej miłej niespodzianki nie było wczoraj! Nie zjadłbym całego szczupaka i nie chorował dzisiaj! To się wie! Nasz pan raczkami się karmił panieńskimi i o Bożym świecie zapomniał!...

— Niech go jegomość nie konfunduje71 — wdała się panna Aneta. — Dzięki Bogu, że jego biednego co cieszy! Siądź kochanieńki przy kominku! Ogrzej się! Nie frasuj! Zaraz cię ugoszczę, jak mogę.

W futrzanym tołubku72, uśmiechnięta, serdeczna, starowina wyglądała młodsza o lat dziesiątek. Spokój i zgoda wyrównała bruzdy po dawnych łzach. Krzątała się jak za dobrych czasów. A Ragis burczał:

— Panna Aneta wszystkiemu rada. Mordercę by ugościła. Aż złość słuchać. Chłopiec do reszty się rozpuści przez te pieszczoty. Ho, ho, ho! Ja inaczej! Żołnierz w szeregu. Dobrze. A dezerter? Kula w łeb. To się wie!

— Nie słuchaj, Mareczku, nie słuchaj! — wołała poczciwa kobieta, znosząc na stół różne specjały.

Zbyteczne było ostrzeżenie. Marek znał Ragisa, pozwalał mu wygadać się. Usiadł u ognia i w milczeniu grzał pokostniałe ręce. Z ulicy dobiegała aż tu kolęda, to znowu muzyka i tupanie u Wojnatów.

W tej chwili z sieni otwarto drzwi i ukazała się ospowata, przerażona twarz Grenisa; wedle regulaminu, miał oczy zamknięte.