Jedno tylko pisklę dostał do rąk Coto; obejrzał, pocałował i puścił do kompanii.
— Śliczności! — rzekł wracając. — Doprawdy, do kwiatów podobne. Żal mi, żem je spłoszył.
— Nic to! Czasami takie małe żarłoki zamęczają rodziców za długo. Patrz, jakie to już lotne. Dadzą sobie radę!
Ruszyli dalej, coraz głębiej zapuszczając się w bagna; wreszcie znaleźli się wśród istnego łanu kwitnących irysów.
— Złote pole. Idziemy do Oka Czarnego — rzekł Pantera. — Żuraw pokaże nam wodne cudo. Tylko baczność na kładkach!
Jakoś weszli na bierwiona śliskie i okrągłe i Coto wpadł jedną nogą w czarną bezdeń140. Wyrwał go Rosomak, ale chłopak spocił się ze strachu przed otchłanią i prawie stracił przytomność, tak że go wzięto za pas i prowadzono jak ślepego.
— Boże, czy to jeszcze daleko? — szepnął wreszcie z rozpaczą.
— No już! Podnieś głowę i patrz!
Stali nad taflą czarnej, nieruchomej wody, pokrytej kobiercem kwitnących grzybieni. Staw miał ramę z olch i ponurość jego, samotność, skrytość, zdradliwość stroiły te śnieżne kwiaty.
— To nie żywy staw, jakieś okno do dna niewiadomego. Mierzyliśmy sznurami, ileśmy ich mieli, ale kamień na końcu tonął w jakimś śluzie. A przecież gdzieś znajdują grunt i pokarm te korzenie i do słońca wydobywają się kwiaty. Nie ma takich odmętów bagna, by z nich nie mogła dusza wybrnąć do światła, tylko rzadko człowiek ma wolę, wiarę i mądrość roślinnej łodygi! — mówił zadumany Rosomak.