— To ów sławny Odrowąż? A on kto taki właściwie?
— Mędrzec nad mędrcami w leśnym bycie. On to z nami chałupę stawiał, on nas wszystkiego, co umiemy, uczył. Dla niego nie ma nic nieznanego tutaj.
— A on chłop? Bo mnie się zdaje, jakby jeden z Matejkowskich171 rycerzy ożył.
— Jego pradziadowie byli dworzanami pradziadów Rosomaka kiedyś, jak cały ten szmat lądu i wody do tego rodu należał. No i tak trwało przez wszelkie katastrofy. Ten Odrowąż był ze stryjem Rosomaka w powstaniu, uratował go od śmierci i Sybiru172, wywiózł za granicę, i ledwie go ubłagano, zmuszono, by przyjął folwark w nagrodę. Ma zatem folwark, dworek, jedynaczkę córkę tak urodziwą jak ziemia w maju, zięcia mruka, ale bardzo porządnego człowieka, Szczepańskiego, wnuka Jasia... no i nowo narodzoną wnuczkę, niewiadomego mi jeszcze imienia. Każdego lata tamci spędzają z nami parę tygodni, bo koszą siano po polach, ile im siły starczy, w czym i my im pomagamy. A stary, byle miał czas wolny, z nami bytuje. Zimą pilnuje naszego raju!
Gdy na trąbkę przyszły do obroku zwierzęta, Odrowąż je obejrzał starannie i uwolnił od kleszczów, których Pantera nie wypatrzył. Pochwalił źrebię, dojrzał dziurę w dachu obórki i zaraz ją zapchał szuwarami, a wracając do chaty, rozejrzał się po niebie i ziemi, powęszył i rzekł do Rosomaka:
— Jutro będzie pogoda, a że woda zgórowała na niższe zalewy, możemy poszukać ryb w szuwarach z nakrywką.
— Wuju, i ja popłynę! — zawołał Coto.
— Tere-fere kuku! Popłyniesz, ale po ziemi ze mną i z motyką do kartofli — zaprotestował Pantera. — Kto z garnka żyje, musi do garnka coś dołożyć.
Coto milczał, wdrożony do posłuszeństwa leśnego, ale łamał sobie głowę, jak by i robotę załatwić, i połowu nie stracić. Jakoż, zaledwie sprzątnęli po obiedzie statki, chwycił motykę i pomimo słoty popędził na warzywnik. Wrócił triumfujący przed wieczorem i zastał w chacie tylko Żurawia.
— Odziobałem całe pole. Wolnym na jutro.