— Aha! Już! — spokojnie rzekł Odrowąż.

— Mówiłem: „Zdejm koszulę!” — dorzucił równie spokojnie Rosomak.

Chłopak zerwał się na nogi i chwytał oddech. Trochę się zląkł, a najbardziej stracił rezon. Wgramolił się do czółna, a Rosomak, jakby nic nie zaszło, wyłowił wiosło, kosz, kapelusz i zajął znowu swe miejsce.

— Oczom wszystko łatwe się zdaje, jako myśli i językowi! — rzekł Odrowąż. — Nic to! Skąpiesz się raz i drugi, za trzecim ustoisz. Potem, kosz ciskając, znowu się skąpiesz, a wreszcie sposób zrozumiesz i byleś uparcie chciał i rybactwo lubił, to będzie ciebie i łódź, i woda, i ryba słuchała. Władzę nad każdą rzeczą tak można wziąć.

— Ojcze, na lewo, żywo! Tam coś wielkiego chodzi! — szepnął Rosomak.

Wychylił się naprzód, wyprężył i skoczył. Cisnął kosz i siebie zarazem. Woda bryzgnęła pod nim, zakotłowało się w koszu; — nie podnosił go, ale przez wierzchni otwór ramię zanurzył.

— Jest! Jakiś ludojad! — zawołał.

Odrowąż czółnem zawrócił. Coto, zelektryzowany, skoczył też do wody i do kosza się cisnął.

Po chwili trudu Rosomak zdobycz przytrzymał, Odrowąż wiosłem kosz podważył, a Coto go do czółna wygarnął:

— Sum wąsacz! Osobliwość! Trzymajcie pod koszem, bo wyskoczy! No, teraz do domu wracać. Udało się jak w bajce.