— A czemu wuj nie zrzucił koszuli i chodaków? — zaśmiał się Coto, gdy obydwaj, do cna zmoczeni, znaleźli się w łodzi.
— Bo mi nie poradziłeś! — uśmiechnął się Rosomak.
Teraz dla rozgrzania parli łódź żywo, a Odrowąż takie znał prostki i przesmyki, że ani się obejrzeli, jak byli w swej przystani.
Rosomak huknął — nikt mu nie odpowiedział, tylko Kuba przyśmigał po gałęziach i skarżył się, że głodny. Odezwała się też klacz i nawet apatyczna Hatora oznajmiła, że jej się należy południowy obrok. A słońce stało dobrze po południu. Chata była pusta. Na stole leżała kartka od Żurawia, że przyszedł do niego chłop po ratunek dla chorej żony i że wróci ledwie na noc. Ale Pantera o sobie żadnego nie składał raportu i Rosomak głową pokręcił.
— Figiel jakiś komuś płata albo zaspał w puszczy. No, bierzmy się do roboty! Rozpalaj ogień, chłopcze, i przebierz się! Ja domowników nakarmię i krowę wydoję. Zaraz trzeba ryby oprawić, bo upał. Naści, Kuba, orzechów, nie lamentuj!
Odrowąż nie dbał o obiad ani o spoczynek. Zaraz suma na trawę wywlókł, zabił i jął śluz ze skóry wiechciem i popiołem oczyszczać. Coto skoczył mu na pomoc.
— Pantera opowiadał, że raz w brzuchu suma znalazł żydowskie „bogomolie”180. Podobno połknął cyrulika181, który się utopił.
— A pantofle strawił! Ho, ho, Pantera widział pewnie i króla wężów z kamykiem, co czyni niewidzialnym. Tego kamyka on często używa!
— On także opowiadał, że dał gadzinie rozdrażnionej gałązkę lipową do ugryzienia. No, i gałązka zrobiła się gruba jak kołek. Czy to być może?
— Wszystko być może, byle znalazł się głupi, co kłamcy uwierzy.