— On mi obiecał to pokazać, tylko żmij nie spotkaliśmy wtenczas.

— Jak się trafi żmija, to właśnie lipowej gałązki nie będzie pod ręką.

Rosomak przyniósł im mleka i chleba — na gotowanie obiadu nie było czasu.

Zajęli się wszyscy trzej oprawieniem ryby i tęgo się zmachali, gdy wreszcie ukazał się Pantera, niosąc w ręku przepysznego zielonogłowego kaczora.

— Byłem u pszczół na Puchaczym Ostrowiu! — zagadał, by usprawiedliwić swoje zniknięcie. — Lada dzień będą się roić! Okrutna siła! A wracając, patrzę: z sosny zrywa się jastrząb i coś błyszczy przy rososze. A to on, szelma, kaczora tego tam przyniósł i zaczął drzeć. Ot, na szyi znaki. Odebrałem! Ale i wam wyprawa się udała. Suma pod nakrywkę wódz wziął! Ot, majster. Dajcie, ojcze, zastąpię was! Palcie fajkę na komary!

Odrowąż się wyprostował, obejrzał kaczora i krzesząc ogień z fajki, powoli odparł:

— Z sumem też osobliwość się stała. Płyniemy, płyniemy... Patrzymy: sokół leci i bęc... Coś nam w czółno upuścił. To był sum.

— Ho, ho! Musiał nie sokół, ale nurek być — zaśmiał się Pantera.

— Nie. Sokół i pewnie ten sam, co tego kaczora na wodę złowił.

I Odrowąż pokazał dziób ptaka rozdarty żelazem haczyka.