Coto na razie nie zrozumiał i patrzył zdumiony, aż go objaśnił wybuch śmiechu Pantery.
— Ot, i dopatrzył. Przed wami nic się nie ukryje. Mówiłem ci, rekrucie, mędrzec nad mędrcami ten nasz nauczyciel.
— No, to opowiedzże, jakeś polował? W jeziorze, z harbuzem na głowie?
— Nie. Z brzegu, na Tęczowym Moście. Kaczki tam stadami żerują. Nawlokę kijanek na haczyki, puszczę na wodę, a sam leżę i czekam. Fatyga niewielka, a jak sznurki od wędek o nogę zaczepić, to i przespać się można. Jak kaczka się złapie, to sama znać da i obudzi, za nogę ciągnąc!
Rosomak ryby oprawiał i ani słowem się nie odezwał, ale milczenie to dobrze Pantera rozumiał, bo po chwili zaczął się usprawiedliwiać.
— Właściwie myślałem, że się szczupak złapie, ale te kaczki takie obżarte, że szuflują182 błoto, na nic nie zważając. No i te kaczory to nicponie. Gniazda nie pilnuje, samiczki nie pilnuje, o małe nie dba. Łobuzy błotne! Prawda, wodzu? Rozpustniki to i byłyby, pewnie nawet pijaki, gdyby ktoś tam na bagnie wódkę szynkował.
— Jeśliś się mianował kaczym misjonarzem, to w ten sposób obyczajów nie poprawisz.
— Zawszeć o jednego zbereźnika mniej!
— Pozostali cnoty nie nabiorą, ale chytrości w unikaniu misjonarza!
— Gotowe! — zawołał Pantera, prostując się. — Teraz niech nam doktor gotuje głowę suma, a ryby do pieca! Ażeby wódz na mnie nie był krzywy za tego marnego kaczora, to ja powiem, żem odkrył osobliwość. No, mówić?