— Może pyskować Coto, gdy mu ubliżają! — ujęła się za chłopcem Szczepańska. — Za dwóch robi i składnie mu idzie nad podziw!

— No, kiedy matka za nim, to ja już nie ubliżę. Zajeżdżaj, Coto, do tej kopicy. Stój!

Teraz otoczył kopicę linką, zrobił supeł, założył zań orczyk, który się wlókł za postronkami chomąta, i uderzył dłonią po grzbiecie klaczy.

— Jazda, kieruj po równym, na polanę!

Zgarnęła się w sobie Łatana Skóra i posunęła się jak żywa kopica. Jasiek z Panterą ją eskortowali.

Gdy trzy kopice były ściągnięte, Pantera zostawił robotę chłopcom, a sam zaczął łozę rąbać i ułożył spód pod stóg. Na sygnał obiadowy robota była skończona i obaj chłopcy konno ruszyli do chaty, śpiewając.

— Będzie deszcz! Dziadzio się nigdy nie myli. Popłyniemy na jezioro, na raki, na ryby, będziemy pływać, nurkować! — cieszyli się zupelnie jak dzieci.

Odrowąż niebo frasobliwie śledził, nie dał chwili spoczynku. Ledwie przełknęli strawę, już ich popędzał.

— Żywo, widły, grabie! Wszyscy! Chałupę zostawić pustą. Żywo, bo nie skończymy!

Pobiegli wszyscy kłusem. Ułożono stóg, stary stanął na spodzie, a wtedy wszyscy z gorączkowym pośpiechem zaczęli zbierać siano na widły i podawać mu w górę.